Andre Gide o ZSRR: [*]

Zresztą gust wyrabia się tylko wówczas, kiedy można porównać, a tu nie było wyboru. Nikt tu nie powie: "Ubieraj się u X-a". Chcąc nie chcąc trzeba brać to, co ci dają. [...]

Myślę jednak (mimo moich poglądów antykapitalistycznych) o tych wszystkich ludziach z naszych krajów, począwszy od wielkiego przemysłowca, skończywszt na drobnych handlowcach, którzy łamią sobie głowę nad tym, co wynaleźć, aby dogodzić gustowi publicznośći. Z jaką subtelną przebiegłością każdy z nich stara się zwęszyć, jakim nowym wyrafinowanym pomysłem mógłby podstawić nogę konkurentowi. O tym wszystkim państwo nie ma pojęcia, bo państwo jest bez konkurencji. Jakość? - "Po co o tym myśleć, skoro nie ma konkurencji." - tak mi raz odpowiedziano.[...]

I to jeszcze: każde z państw sowieckich miało swoją sztukę ludową. Co się z nią stało? Wielki prąd egalitarny przez długi czas nie pozwalał jej dostrzegać. Ale teraz sztuka regionalna wróciła do łaski, cieszy się poparciem, starają się naprawić, to co zepsuto, rozumiejąc widocznie, że nie można jej niczym zastąpić.[1]

Powracam do ludu moskiewskiego. Na pierwszy rzut oka uderza nas jego niezwykła bierność. Lenistwo - byłoby to może za dużo powiedziane. [...] Trzeba sobie przede wszystkim uprzytomnić bardzo małą "wydajność" naturalną ludu rosyjskiego.[2]

W ZSRR przyjęto z góry i raz na zawsze, że w każdej sprawie istnieje tylko jeden jedyny pogląd. Zresztą ludzie mają w ten sposób urobiony umysł, że ta prawomyślność przychodzi im łatwo, naturalnie, bez wysiłku, tak dalece, iż nie podejrzewam ich o obłudę. [...] Co rano Prawda poucza ich, co należy wiedzieć, co myśleć i w co wierzyć. I nie dobrze jest przekroczyć tę granicę! W ten sposób rozmawiając z jakimś Rosjaninem, rozmawia się jakby za wszystkimi. Nie żeby każdy z nich miał się ściśle trzymać rzuconego hasła, ale że wszystko tak tu jest urządzone, że człowiek od człowieka nie może się różnić. Pomyślcie, że to kształtowanie umysłu rozpoczyna się już od wczesnego dzieciństwa... Wynikiem tego jest to zdumiewające godzenie się z rzeczywistością [...].

Oto na przykład żałujesz ludzi, którzy stoją w ogonku; ale oni uważają to za zupełnie naturalne. Chleb, jarzyny, owoce wydają ci się niesmaczne - cóż kiedy nie ma innych. [...]

Odebrano wszelką możliwość porównania, z wyjątkiem porównania z żałosną przeszłością, więc zadowolisz się radośnie tym, co ci dają. Ważne jest wytłumaczyć tu ludziom, że zdobyli szczęście największe, jakie tylko jest możliwe w danych warunkach zanim nie nastąpią lepsze; i wytłumaczyć im jeszcze, że wszędzie na świecie współbracia ich są mniej szczęśliwi od nich. Można to osiągnąć jedynie, uniemożliwiając starannie wszelką łączność ze światem zewnętrznym (to znaczy z zagranicą). W ten sposób robotnik rosyjski, żyjąc w warunkach jednakowych, a może nawet znacznie gorszych niż we Francji, uważa się za szczęśliwego a nawet jest szczęśliwszy niż robotnik francuski. Na to szczeście składają się: nadzieja, zaufanie i niewiedza. [...] Zanim nie nastanie nowy porządek i dopóki sprawy nie pójdą lepiej, w interesie szczęścia mieszkańców sowieckich jest, aby to ich szczęście było chronione.[3]

W towarzystwie oficerów marynarki na krążowniku, który mi pokazują i którym mam się zachwycać [...], ryzykuję powiedzieć, że obawiam się, iż w Sowietach są również źle poinformowani o tym, co się dzieje we Francji, jak we Francji o tym co się dzieje w Sowietach. Podnosi się szmer zdecydowanej dezaprobaty: "Prawda o wszystkim informuje wystarczająco."[4]

Czyż wobec tego nie byłoby lepiej zamiast bawić się w grę słów, uznać, że duch rewolucyjny (a nawet po prostu:duch krytycyzmu) nie jest już potrzebny i trzeba z nim zerwać? Dziś chce się tylko jednego: pogodzenia się z rzeczywistością i prawomyślności. Żąda się aprobaty bez zastrzeżeń wszystkiego, co się w ZSRR dzieje, więcej, dąży się do tego, aby ta aprobata nie wynikała z rezygnacji, ale aby była szczera, nawet entuzjastyczna. Poza tym najmniejszy protest, najlżejsza krytyka może sprowadzić srogie kary, zresztą bywa duszona w zarodku. I wątpię, aby w jakimkolwiek innym kraju, nie wyłączając hitlerowskich Niemiec, duch był mniej wolny, bardziej ukorzony, wylękniony (sterroryzowany), ujarzmiony.[5]

Nie mamy czasu na czytanie wszystkich artykułów [w gazetce ściennej], ale w rubryce Czerwona Pomoc, gdzie w zasadzie umieszcza się wiadomości o zagranicy, nie spotykamy ku maszemu zdziwieniu, żadnej wzmianki o Hiszpanii, z której dochodzą nas od kilku dni niepokojące wieści. Nie ukrywamy zdziwienia i smutku. Są tym zmieszani. Zresztą dziękują nam za uwagę: na pewno będą o tym pamiętali.

Tego samego wieczoru odbył się bankiet. Jak zwykle liczne toasty. Kiedy zaczęto pić zdrowie wszystkich i każdego ze współbiesiadników, Jef Last wstaje i proponuje (po rosyjsku) wychylenie kielicha za pomyślność czerwonego frontu w Hiszpanii. Propozycja spotyka się z gorącymi oklaskami, choć i tu wyczuwało się pewne zakłopotanie; zaraz potem wzniesiono jakby w odpowiedzi toast na cześć Stalina. Z kolei ja wstaję i podnoszę kielich na cześć więźniów politycznych w Niemczech, Jugosławii i na Węgrzech... Tym razem oklaski są pełne entuzjazmu i szczere, trącamy się, pijemy. I potem zaraz znowu toast na cześć Stalina. Tłumaczy się to tym, że wiedziano już, jaką postawę należy zająć w sprawie ofiar faszyzmu w Niemczech i w innych krajach. Co się zaś tyczy zamieszek i walk w Hiszpanii, opinia powszechna i poszczególnych ludzi czekała na wskazówki Prawdy, która się jeszcze nie wypowiedziała. Nie odważono się ryzykować, niewiedząc, co należy myśleć o tych sprawach. I dopiero w kilka dni później [...] olbrzymia fala sympatii, biorąca początek na placu Czerwonym, rozlała się po dziennikach, wszędzie zaczęto zbierać dobrowolne ofiary na rzecz hiszpańskich rządowców.[6]

Po tylu miesiącach, po tylu latach wysiłków mieliśmy prawo zapytać: czy ten lud będzie mógł wreszcie nieco unieść głowę? - Ale głowy nie były nigdy bardziej pochylone.[7]

Dzisiaj żąda się od obywatela sowieckiego tylko poddania i prawomyślności. Wszyscy, którzy nie będą zadowoleni, zostaną ogłoszeni za "trockistów".[8]

Obiecano nam "dyktaturę proletariatu". Dalecy jesteśmy od tego. Dyktatura - owszem, ale dyktatura jednostki, nie zjednoczonych proletariuszy sowieckich. Nie ma co się łudzić, trzeba powiedzieć wyraźnie: nie tego chciano. Jeszcze krok dalej - i powiemy nawet: stan obecny jest dokładnie tym czego nie chciano.[9]

Zniszczyć opozycję w jakimś państwie, albo tylko zamknąć jej usta i uniemożliwić występowanie - to posunięcię niesłychanie poważne: pierwszy krok do terroru.[10]

U nas [opowiada pewien radziecki człowiek sztuki] artysta przede wszystkim musi trzymać się linii. [...] Chcemy stworzyć nową sztukę, godną wielkiego ludu, którym jesteśmy. Sztuka powinna dzisiaj być popularna, albo zniknąć w ogóle.[11]

Hotel w Soczi jest bardzo miły, ma piękne ogrody, jego plaża należy do najprzyjemniejszych, ale kuracjusze natychmiast kazali nam przyznać, że nic podobnego nie mamy we francji. Przez uprzejmość powstrzymujemy się od stwierdzenia, że mamy we Francji urządzenia lepsze, znacznie lepsze. Nadzwyczajne jest to, że ów półkomfort udostępniono wszystkim - o ile naturalnie ci, co tu przyjeżdżają i mieszkają, nie są znowu zbyt uprzywilejowani. W ogóle popierani są najbardziej zasłużeni, pod warunkiem wszakże, aby byli prawomyślni i ściśle trzymali się "linii"; ci tylko korzystają z wygód. cudowna jest w Soczi wielka ilość sanatoriów, domów wypoczynkowych, rozrzuconych dokoła miasta i znakomicie położonych. Wszystko to wybudowano dla ludzi pracy - doskonale! Ale widząc tuż obok robotników zajętych przy budowie nowego teatru, nedznie płatnych i mieszkających w plugawych obozowiskach, tym silniej nad tym bolejemy.[12]

Obok sowchoz, który został założony w celu zaprowiantowania hotelu. podziwiam w nim wzorową stajnię, wzorową oborę, wzorowe chlewy, a zwłaszcza olbrzymi i urządzony według najnowszych wymagań kurnik. Każda kura nosi na łapie obrączkę z numerem; znoszenie jaj jest ściśle rejestrowane. Każda z nich ma dla tej czynności oddzielny boks, dzie ją zamykają i wypuszczają dopiero po zniesieniu jajka. (Nie mogę sobie tylko wytłumaczyć, jakim sposobem jajka, nad którymi roztaczają taką pieczę, nie są lepsze od innych). [...] Ale już przekraczając strumyk stanowiący granicę sowchozu, wchodzi się między szeregi ruder. Mieszka tam po czterech ludzi w pokoju objętości dwoch metrow na dwa pięćdziesiąt. Komorne wynosi dwa ruble od osoby miesięcznie. Posiłek w restauracji sowchozu kosztuje dwa ruble - luksus, na który nie mogą sobie pozwolić ludzie zarabiający siedemdziesiąt pięć rubli miesięcznie. Muszą poprzestać na chlebie i suszonej rybie. Nie protestuję przeciwko nierówności płac, godzę się, że jest konieczna, ale są sposoby zaradzenia nierówności warunków bytu. Otóż obawiam się, że te nierówności zamiast łagodnieć, raczej się wzmagają. Obawiam się, że niebawem powstanie nowy gatunek burżuazji z robotników zadowolonych. [...] I oto widzimy jak tworzą się znowu jeśli nie klasy, to warstwy społeczne, coś w rodzaju arystokracji; nie mówię tu o arystokracji zasługi i wartości osobistej, ale o tej prawomyślnej, która w pokoleniu nastepnym stanie się arystokracją pieniądza.[13]

Jakże nie być uderzonym wzgardą, a przynajmniej obojętnością tych wszystkich, którzy są, którzy czują się "zabezpieczeni", okazywana sferom "niższym": służbie,[14] rękodzielnikom, kobietom i mężczyznom pracującym "na dniówkę", chciałem powiedzieć: biednym. W Sowietach nie ma już klas, to prawda, ale są biedni, jest ich aż za wiele, a przecież miałem nadzieję, że ich tam nie zobaczę; pojechałem do Sowietów po to właśnie, aby nie widzieć biednych. dodajmy, że filantropia zeszła tu z pola, znikło nawet proste miłosierdzie. [...] Stąd pewna suchość w stosunkach, wbrew wszelkiemu koleżeństwu. Naturalnie, nie mówię tu o stosunkach między równymi, ale w stosunku do "niżej sytuowanych", o których wspomniałem, kompleks wyższości kwitnie.[15]



[1] A. Gide, Powrót z ZSRR, Warszawa 1937, s. 32-33

[2] ibidem, s. 34

[3] ibidem, s. 39-40

[4] ibidem, s. 44

[5] ibidem, s. 54-55

[6] ibidem, s. 57-58

[7] ibidem, s. 62

[8] ibidem, s. 64

[9] ibidem

[10] ibidem

[11] ibidem

[12] ibidem, s. 48-49

[13] ibidem, s. 50 i 52

[14] Odbija się to w niezwykłym serwilizmie, obłudnym nadskakiwaniu służby, nie hotelowej, która jest najczęściej pełna godności i serdeczności, ale tej służby, która ma do czynienia z dygnitarzami, z ludźmi "odpowiedzialnymi" (przyp. A. Gide).

[15] ibidem, s. 52-53

[*] Podstrona ta zawiera fragmenty relacji z pobytu w Związku Radzieckim francuskiego pisarza Andre Gide'a, z jego relacji korzystałem również w mojej rozprawie magisterskiej. Życzę przyjemnej lektury - Krzysztof Bar - autor witryny.



Stalin - Big Brother (początek witryny) www.stalin.tv © Krzysztof Bar 2005