Zamordowanie w Permi W. Ks. Michała Aleksandrowicza

Pamiętamy z porzedniego rozdziału, że zaostrzono regulamin nadzoru nad członka? mi rodziny carskiej w Ałapajewsku z tego jakoby powodu, że w Permi udało się uciec W. Ks. Michałowi Aleksandrowiczowi.

Wiemy, jak kłamliwe wieści rozpuszczali bolszewicy o ewakuacji rodziny cara w Ekaterynburgu lub o ucieczce WW. Książąt w Ałapajewsku.

To nam by kazało i do wersji o ucieczce Michała Aleksandrowicza odnosić się z niewiarą.

Istotnie. Wgłębiając się i tu raz jeszcze w labirynt cynicznego kłamstwa sowietów, i tu raz jeszcze natykamy się - na trupa...

W. Książę Michał Aleksandrowicz wywieziony został z Gatczyna w lutym 1918 r. i internowany w Permi, w hotelu kupca Korolowa.

Warunki życia narazie były znośne i więzień miał względną swobodę. Wraz z nim zamieszkiwał hotel sekretarz jego Johnson, kamerdyner Czełyszew i szofer Borunow. Kucharz Mitriwoli mieszkał oddzielnie - na mieście.

Kiedy ten ostatni rankiem 13 czerwca zjawił się, jak zwykle, po dyspozycję obiadową, nie zastał nikogo. Służba hotelowa mu oświadczyła, że W. Książę i Johnson zostali gdzieś nocą wywiezieni.

W parę dni potem Czełyszew i Borunow zostali uwięziem i 21 września rozstrzelani.

Nim to jednakże nastąpiło, Czełyszewowi zdarzyła się sposobność, aby głos jego z za grobu usłyszała potomność.

Wiemy, że carowi nie pozwolono zabrać z Tobolska do Ekaterynburga jego licznej świty, którą bądź rozegnano, bądź powyaresztowywano, rozsyłając do różnych tiurem.

Otóż do Permskiej tiurmy trafiły, wraz z kamerdynerem Wołkowem, dama dworu Sznejder i hrabianka Hendrykowa.

Siedząc z Czełyszewem, Wołkow wysłuchał jego opowiadania.

- O północy zjawiło się w hotelu - opowiadał Czełyszew - trzech uzbrojonych obdartusów w sołdackich szynelach. W ręku trzymali rewolwery. Rozbudziwszy Czełyszewa, kazali się prowadzić do pokoju W. Księcia, który już leżał rozebrany w łóżku. Brutalnie i z przekleństwami kazali W. Księciu ubrać się i opuścić pokój. W. Książę zaczął ubierać się wolno, ale nagle przerwał: "Nigdzie nie pójdę. Nie wiem, coście za jedni. Zawołajcie iksa (wymienił nazwisko jakiegoś bolszewika) i niech on to potwierdzi"

Na to jeden z obdartusów położył ogromną, ciężką łapę na ramieniu Księcia i, trzęsąc nim, oraz wymachując rewolwe rem w drugiej ręce, wybuchnął stekiem najbrudniejszych przekleństw, jakie zna gwara rosyjska "Ach wy, Romanowy. Obrzydliście wy nam już dosyć!"

Na takie dictum nie było co odpowiadać. W. Książe wyszedł. Johnsonowi kazano też ubrać się i wyjść.

"Wasza Wielkość (wysoczestwo)" zawołał za wychodzącymi niepoprawny Czełyszew, "raczcie nie zapomnieć wziąść lekarstwa ze sobą". To mówiąc, biegł korytarzem, wyciągając paczkę ze świeczkami antihemoroidalnemi, z któremi W. Książę nie rozstawał się nigdy.

Ale jeden z eskorty z przekleństwami odtrącił wiernego sługę. Ciemń uliczna ogarnęła W. Księcia, którego zrozpaczony Czełyszew nie zobaczył już nigdy.

Kiedy bowiem nazajutrz stroskany popędził do miejscowego Sowietu z wieścią, że jacyś niewiadomi ludzie uprowadzili W. Księcia wraz z sekretarzem, nie spotkał tam ani zdziwienia, ani oburzenia, aczkolwiek "pro forma" urządzono pościg za "zbiegiem".

Pocóż bowiem mieli się wysilać "czerwoni władcy". Wszak wiedzieli, że już w tej chwili ofiara ich nie żyła. Śledztwo późniejsze "białych" wykazało, że delikwent wywieziony został do sąsiadującego z Permią "zawodu" (fabryki) Motowilichińskiego, gdzie jego i sekretarza zabito, a ciała spalono.

Jedyny człowiek ujść zdołał z tej krwawej rzezi, pełnionej po różnych zakątkach Uralu nad wygnańcami z Krasnego Sioła i ich służbą. Był to kamerdyner cesarzowej Wołkow. Przywieziony do więzienia Permskiego z Tobolska wraz z hr. Hendrykową i frajliną Sznajder, był wraz z nimi nocą 22 sierpnia zbudzony i przeprowadzony w t. zw. "arestnyjdom". Tam wprowadzono ich do pokoju, w którym było ośmiu innych więźniów i 22 uzbrojonych czekistów. Oczywista - opowiadał później Wołkow - szykowało się rozstrzeliwanie. Tak oczekiwaliśmy świtu. Nasi kaci - byli to przeważnie Łotysze. Dowodził nimi Rosjanin, marynarz. Hendrykowa szepnęła mi, że słyszała od kogoś, że nas prześlą do więzienia etapowego, skąd mamy być przewiezieni do Moskwy lub Piotrogrodu. Nie starałem się jej wyprowadzić z błędu, choć było dla mnie zupełnie jasne, gdzie nas poprowadzą.

Wreszcie, kiedy już zaszarzał świt, poprowadzono nas za miasto. Zniknęły z oczu ostatnie budynki, ukazał się rzadki lasek, do którego zdążaliśmy najwidoczniej. Miejsce stracenia widać było już blisko, bo kaci usłużnie i na wyrywki zaczęli proponować swoje usługi. "Pozwól Pan, ja Panu rzeczy poniosę". Każdy chciał zawczasu zawładnąć naszemi rzeczami, ażeby potem być panem rozdziału.

Wreszcie zatrzymano pochód nad głębokim rowem. Jednym susem przesadziłem go i zacząłem uciekać. Posłano za mną trzy strzały. Upadłem, gubiąc kapelusz, i usłyszałem za sobą tryumfalne: "gotów!" W tejże chwili jednak poderwałem się znowu i wpadłem w gąszcz. Uciekłem. Tułałem się 43 dni. Wreszcie wynurzyłem się z lasów uralskich na tor kolejowy, odległy o 70 wiorst od Ekaterynburga. Bogu chwała! - Był to teren zajęty przez admirała Kołczaka i wolny od czerwonej zarazy.

Hrabianka Hendrykowa i frejlina Sznajder były zaś rozstrzelane, a ciała ich znalezione przez "białych" wiosną 1919 r.


J. Łużyc, Kaźń Mikołaja II oraz członków rodziny Romanowych. www.stalin.tv. © Krzysztof Bar 2005