Z tronu do więzienia

Kiedy wybuchła rewolucja 1917 roku, car był w głównej kwaterze w Mohilowie, a cesarzowa z dziećmi w Carskiem Siole.

10 marca depeszuje minister wojny, Bielajew, że w fabrykach Piotrogrodzkich wybuchł strejk. Wieczorem donosi on powtórnie, że strejkujący demonstrują na ulicach stolicy.

11 marca nadchodzą raporty, że część wojsk odmówiła udziału w tłumieniu rozruchów. Rzecz niebywała, nienotowana w czasie wojny dotychczas!

Równocześnie od prezesa Dumy, Rodzianki, od członków rodziny panującej, od poszczególnych działaczy państwowych sypią się depesze i hughesogramy; wszyscy oni radzą poczynić ustępstwa ruchowi, który się spontanicznie rozrasta.

Ale car, słabowolny i uparty, co nierzadko się łączy, zasięga zdania osoby, która wywiera na nim wpływ całkowity i przemożny - żony swej, Alicji Teodorówny. Imię to w czasie wojny obciążone było przekleństwem miljonów. Ostatnie półrocze rządów caricy i Rasputina, rządów iście klęskowych, kiedy mianowano na najodpowiedzialniejsze stanowiska niedojdów, karjerowiczów, lub zgoła zdrajców, dewastowano arsenały, dawano najbezmyślniejsze zlecenia bojowe i t. d., ostatnie to półrocze legło niczem głaz na piersi stusześćdziesięciomiljonowego państwa. Otwarcie i głośno pomawiano carycę o zdradę. W gruncie rzeczy była to kobieta histeryczna, opętana mistycznemi zabobonami, po swojemu przejęta nawet Rosją i prawosławiem, będąca jednak bezświadomem narzędziem w ręku szajki niemieckich szpiegów.

I oto do tej półnormalnej istoty w chwili, kiedy olbrzymie Imperjum zadrżało, udaje się po poradę Imperjum tego pan samowładny i władca.

Para cesarska godzinę konferuje telefonicznie. Poczerm car oświadcza, że nie ustąpi ani na piędź i pcha "dla uśmirenja" Piotrogrodu wojska z frontu pod dowództwem generała Iwanowa.

Tym razem jednak wypróbowane, stare metody carów rosyjskich zawiodły. Wojska Iwanowa do stolicy nie zostały dopuszczone. Dnia 12-go bowiem powstał "Komitet Dumy Państwowej", który przejął władzę. Przewrót został usankcjonowany.

13-go kwietnia car pędzi do Carskiego Sioła. W drodze otrzymuje wieść, że nowa władza każe skierować pociąg wbrew jego woli do Piotrogrodu. Car nie słucha, ponawia rozkazy, aby jechać do Carskiego Sioła. Ale stacje węzłowe Lubom i Tosna są zajęte przez wojska rewolucyjne. Wtedy pociąg carski rzuca się do Pskowa.

I oto tam, w Pskowie, 15 marca następuje początek końca i car zrzeka się tronu.

16 marca jest znów w Mohilowie, gdzie żegna się ze sztabem.

21 marca przyjeżdżają do Mohilowa przedstawiciele Dumy: Bublikow, Wierszynin, Gribunin i Kalinin. Mają towarzyszyć carowi w drodze do Carskiego Sioła. Kiedy jednak Mikołaj II jest już w wagonie, uwiadamiąją go, że jest aresztowany.

Wolno rusza pociąg. Car stoi w oknie i salutuje grupy wojskowych na peronie. Szef sztabu, gen. Aleksiejew, oddaje ostatni ukłon wojskowy odjeżdżającemu carowi. Naprzeciwko stoi pociąg cesarzowej - matki, starej i chytrej Dunki. Drżącą ręką przesyła synowi trzykrotny znak krzyża. W ostatnim wagonie jadą owi czterej członkowie Dumy. Gen. Aleksiejew zdejmuje papachę i nizko w pas, po prawosławnemu, kłania się przedstawicielom nowej władzy.

Pociąg z uwięzionym carem poszedł w niewiadomą przyszłość.

Idźmy za nimi.

Cóż działo się w Carskim Siole w tym czasie? Wszystkie carskie dzieci przechodziły ciężką odrę; niektóre miały czterdzieści i pół stopni gorączki. U Marji i Anastazji odra niebawem przeszła w zapalenie płuc.

Przykuta do dziecinnych łóżek, cesarzowa narazie nic nie wiedziała o wzrastających zamieszkach. Ale niebawem nie było co ukrywać. Szosą za parkiem ciągnęły zbuntowane pułki z pieśniami rewolucyjnemi na ustach, niosąc czerwone transparenty.

Cesarzowa stale informuje się przez kamerdynera Wołkowa u ministra spraw wewnętrznych, półnormalnego Protopopowa, jak stoją sprawy. Ta podła Rasputińska kreatura zwodzi ją do końca. Kamerdyner Wołkow wyraża obawę, że jest coraz gorzej. "Nie bój się", odpowiada Alisa Teodorówna, "kozacy uratują sytuację".

Jej biedny ptasi mózg nie obejmował sytuacji. Po dawnemu wierzyła, że nadciągającą burzę odwróci - nahajka kozacka. Wierzyła - i nie pozwoliła Mikołajowi II na żadne ustępstwa.

Aż 21 marca, w tenże dzień, w którym w Mohilowie aresztowano jej męża, aresztowano i ją. Dokonał tego gen. Korniłow, bohater z ostatniej wojny, mianowany przez nowy rząd szefem Piotrogrodzkiego Okręgu Wojennego. O aresztowaniu powiadomił ją ze wszystkiemi względami, należnemi osobie panującej. Została w pałacu z dziećmi, ale bez prawa wydalania się za jego obręb. Komendantem pałacu został pułkownik Kobyliński, człowiek światły i ludzki, który potem nadzorował carską rodzinę i w Tobolsku.

Nadworny (swodnyj) pułk wycofano. Warty pałacowe objął Strzelecki Pułk Lejb Gwardji, silnie już zbolszewiczały.

Nazajutrz, 22 marca przyjechał car. "Przyjął" go na dworcu pułk. Kobyliński. Car szybko, ze wzrokiem spuszczonym w ziemię, przeszedł do auta. Jakże inaczej przez lat tyle witało samodzierżcę Carskie Sioło!

Świetna świta, chyłkiem wyskakując z wagonów, rozbiegła się od swego Pana, do niedawna siewcy łask, przedmiotu pochlebstw, jak od zadżumionego. Pomykał bokiem marzszałek dworu kniaź Wasyli Aleksandrowicz Dołgorukow. Uciekał generał major Naryszkin, faworyt carski, gen. major Cabel, szef cesarskiego bataljonu kolejowego, towarzysz tyloletnich carskich podróży. Uciekali książęta, hrabiowie, wyżsi czynownicy, generałowie.

Sam i opuszczony podjeżdżał najpotężniejszy, najbardziej absolutny do niedawna władca świata, do swego cesarskiego pałacu.

Zastał kute bramy pałacu zawarte. Nie puszczano go. "Czeegoo?" przeciągnął leniwie, plujący siemiczkami wartownik ipowlókł się szukać dyżurnego oficera.

"Ej-wpuścić tam byłego cara!", krzyknął wreszcie znaleziony oficer. Stał w podwórcu z papierosem w zębach, z rękami w kieszeniach. Inni oficerowie, rozchełstani, ubrani byle jak, wszyscy ustrojeni w szerokie wstęgi czerwone, zbiegli się ciekawą grupą.

Rozwarły się wrótnie pałacowe. Zwolna wtoczył się automobil. Car salutował. Honorów nie oddał mu nikt

Zimno przywitał rodzinę. Ale służąca ich Demidowa potem odpowiadała, że, znalazłszy się sam na sam, długo i w nieutulonym żalu szlochało carskie małżeństwo.

Jakże płynęły dni więźniów cesarskich? Wedle instrukcji, jaką własnoręcznie zestawił Kiereński, nie wolno im było opuszczać obrębu pałacu, a dla spacerów w parku odgrodzono dla nich parkanem specjalną niewielką przestrzeń. Prócz tego jednak w czasie spacerów otaczała ich warta. Widzieć się z nikim nie mieli prawa. Listy do nich i od nich ulegały cenzurze. Naokoło całego pałacu stały kilkakrotne łańcuchy wart. Czas jakiś cesarz był od rodziny odłączony i mógł tylko jadać razem obiad, pozostając pod obserwacją oficera.

Te początkowe ostre zarządzenia stokrotnie pogarszało zachowanie się otoczenia, z dnia na dzień coraz bardziej brutalne. A więc przedewszystkiem pod pozorami kontroli wchodzili do pokojów oficerowie, żądni dziwowiska: obejrzenia więzionego cesarza. "Kola", zwany tak przez nich pogardliwie, nie umiał znaleźć się z dostatecznem dostojeństwem. Pchał się do nich z podawaniem ręki. Pewnego razu niejaki oficer Jarynicz umknął mu swojej dłoni. "Za cóż to, kochany (gołubczik)", zapytał go car, ze łzami w oczach. - Kiedy naród do Pana wyciągał rękę - odpowiedział "boha* terski" Jarynicz - pan jej nie przyjął; ja więc teraz nie przyjmuję pańskiej dłoni.

Potem to się zdarzało często i z wielu oficerami. Między innemi ręki mu umknął oficer Ormianin Damadzianc, wstrętna o małpich ruchach, kosmata kreatura, którą przysłał od siebie bolszewicki "Sowiet" celem nadzorowania więźniów.

Za oficerami szli żołnierze. Rozwalali się na tych samych ławkach, na których siadała carska rodzina, ćmiąc machorkę, plując, gryząc siemiczki, klnąc w cyniczny sposób i rycząc rewolucyjne pieśni, często gęsto mówiące o "carze krwiopijcy". Rozpoczęli też i oni włóczyć się po carskich pokojach. Jeden z nich, stojąc na warcie, ustrzelił jedną z dwu ulubionych sarenek cesarzówien; otrzymał za to "naganę" władzy. To też za następną swą wartą ustrzelił drugą sarenkę.

W rękach cesarzewicza zobaczyli żołnierze flower. Zebrali więc i żądali od pułk. Kobylińskiego rozbrojenia "krwiopijcy". Trzeba się było temu poddać. Tego wieczora dziecko, któremu odebrano ulubioną zabawkę, płakało długo i gorzko. Cichaczem, późnym już wieczorem, oddał mu ją pułk. Kobyliński rozebrana na części, z tem, aby broń Boże, nie składał je ponownie i nie pokazywał nikomu.

Z tem chamstwem, szykanami, zdziczeniem rodzina cesarska zmuszona była potykać się samotnie. Pisaliśmy już, jak zaraz z dworca uciekli ich najbliżsi. Tak samo w dni następne zawiedli faworyci. Hercog Lejchtenbergski i Mordwinow, hr. Apraksin, hr. Gralbe... znikli wszyscy. Ukochany "dziad'ka" carewicza, majtek Dereweńko okazał się skończonym bolszewikiem, złodziejem i naturą chamską i podłą.

I dwaj tylko ludzie trwali przy carze prawosławnym wiernie, z przywiązaniem i mimo wszystko: wychowawca carewicza, szwajcar Gilliard i nauczyciel angielskiego, anglik Gibbs - obaj cudzoziemcy, synowie wolnych demokratycznych republik, obaj mający wszelką możność powrotu do swoich krajów.

Gibbsa nie dopuszczono do cara. Użył wszelkich wpływów. Wreszcie otrzymał odmowę na piśmie, podpisaną przez pięciu ministrów nowego rządu. Flegmatyczny anglik jednak się nie zraził. Powędrował na własną rękę do Tobolska, i tam znowu zaczął uczyć angielskiego swoich wychowanków.

Tymczasem wypadki rozwijały się szybko. Jeśli z cesarskiemi więźniami postępowano sobie coraz gorzej w izolowanym od świata Carskosielskim pałacu, to był to tylko odgłos nastrojów, które wytwarzał "rewolucyjny Piotrogród". Żądano coraz nowych represji, drżano, że car ucieknie. Nie pomagały obliczone na efekt zarządzenia i instrukcje Kiereńskiego, które on sam układał, mające obostrzyć warunki więzienia. (Np., żeby pod żadnym pozorem - "otniud'" - nie dawać carowi gorących przekąsek i t. p.).

Pewnego razu Piotrogrodzki Sowiet przedsięwziął na Carskie Sioło najazd automobili pancernych w celu porwania cara. Innym razem jakiś pijany szofer uszkodził ciężarowym automobilem cześć ogrodzenia parku. Żołdactwo wyległo na ulicę zbulwersowane wieścią, że jest to ukartowany zamach monarchistów.

Atmosfera stawała się coraz bardziej rozpalona. Sam Kiereński nie siedział zbyt mocno. Trzeba było gdzieś wywieźć cara. Gdzie?

Były o to pertraktacje z Anglją. Ale i Mikołaj nie kwapił się do opuszczania Rosji, trwając w jakichś swoich złudzeniach, i Anglji nieporęcznie było przyjmować Aleksandrę Teodorównę, znienawidzoną przez ententę i, co najważniejsza, demagogowi Kiereńskiemu uśmiechał się efektowny gest; wyprawić cara na Sybir - tam, gdzie liczne pokolenia carów zsyłały tysiące swoich poddanych.

I oto 14 sierpnia 1917 r. car z rodziną i świtą, eskortowany przez dragonów 3-go pułku Bałtyckiego, o g. 6-ej rano zawitał na dworzec Aleksandrowski, ten dworzec monumentalny, wieńczący dzieło ojca jego: wielką 10.000 wiorstową drogę Syberyjska.

Wzniesiony ku pamięci potomnych przed dworcem pomnik-olbrzym, wyobrażający cara Aleksandra III, na wielkim koniu wjeżdżającego na dworzec i tę wielką drogę i wskazujący ręką wyciągniętą het! - ku Sibiri dalekiej, stał jeszcze. Car - stupaja wskazywał biednemu "Koli" tę drogę.

Nie prędko i nie odrazu opada jednak purpura. Więc i teraz car jechał na to wygnanie niemal jak za dawnych, świetnych czasów. Dwa pociągi luksusowe czekały na niego. Pozwolono mu zabrać ze sobą wszystkich, kogo zapragnął. To też carska rodzina wlokła za sobą świtę, złożoną z 45 osób. Widać tu raz jeszcze, jak dalekim od tragicznej rzeczywistości był umysł carowej i cara.

Podróż trwała cztery dni i przeszła bez szwanku. Stateczkiem "Ruś" dojechali wreszcie samodzierżcy do zapadłego Tobolska. Zaczął się tragedji akt drugi.


J. Łużyc, Kaźń Mikołaja II oraz członków rodziny Romanowych. www.stalin.tv. © Krzysztof Bar 2005