Porwanie z Tobolska

26 kwietnia 1918 r. nastąpiło wywiezienie cara z Tobolska, które skończyło się osadzeniem całej rodziny w Ekaterynburgu. Czy była to zwykła tranzlokata, czy też nieudane porwanie, niech czytelnik osądzi sam z treści niniejszego rozdziału.

Trzy były współcześnie w Rosji czynniki, interesujące się osobą cara: bolszewicy, którzy w tym czasie już od pięciu miesięcy sprawowali oficjalne rządy, tajne organizacje monarchiczne, łudzące się, że uda im się dokonać przewrotu, wreszcie Niemcy, którzy wodzów bolszewickich przez swe państwo przewieźli, przewrót bolszewicki sfinansowali i obecnie zbierali owoce w  postaci Traktatu Brzeskiego, zaczynali mieć jednak kłopoty ze swymi pupilami, którzy w miarę opanowywania Rosji próbowali się rządzić coraz bardziej samowolnie.

Dla wszystkich tych trzech czynników osoba cara była bądź nieustającem niebezpieczeństwem, bądź atutem do rozegrania.

Przedewszystkiem więc ze strony monarchistów nie szczędzono starań, aby uwolnić osobę cesarza. Szef ich, osławiony poseł Marków, wysyłał emisarjusza za emisarjuszem, dawał pieniądze, wszystko napróżno. Ludzie gdzieś się zapodziewali, albo nie wracali po prostu, albo dziwnie szybko byli wyaresztowywani przez bolszewików, którzy wszak wtedy jeszcze nie mieli wszędzie zorganizowanego wywiadu.

Rąbka tej tajemnicy uchylił wysłany kolejno pewien oficer krymskiego pułku, którego szefem była Aleksandra Teodorówna. Wrócił on po kilku miesiącach i oświadczył, że w Tumeni, ostatniej stacji kolejowej, skąd jechało się już do Tobolska parostatkiem, trafił na niejakiego Sołowiewa, zięcia Rasputina, członka tajnej organizacji Ś-go Aleksego, który rozporządzał pieniędzmi, ludźmi, stosunkami, był w kontakcie z rodziną carską i przygotowywał jej ucieczkę. Ów Sołowiew wszystkich wysłańców monarchistów zawracał, komunikując im rozkaz carski, aby nie rozproszkowywali akcji. Żaden więc z emisarjuszy do Tobolska nie dotarł. Opornych Sołowiew "w imię wielkiego dzieła" wydawał bezlitośnie w ręce sowietów. Jednego z tych wysłańców, również niejakiego Markowa, zatrzymał i zrobił w Tumeniu szefem szwadronu "czerwonych ułanów".

Okazało się w następstwie, że i Sołowiew i Markow byli agentami niemieckimi, którzy w ten sposób, usadowiwszy się w Tiumeni, mieli Tobolsk w ręku. Rzecz najgodniejsza uwagi, że należeli oni do tejże organizacji konspiracyjnej, do której należała carowa. Znakiem porozumiewawczym organizacji była - swastyka. Znak taki znaleziono później nakreślony przez carową na ścianie domu, w którym rodzinę carską rozstrzelano. Sołowiew jako mąż zaufania (nic dziwnego - był przecież mężem córki Rasputina), widywał się w Tobolsku z carową, wręczył jej nawet raz 35.000 rb., pochodzących od Wyrubowej. Rzecz charakterystyczna, że Wyrubowa otrzymywała owe pieniądze od Karola Jaroszyńskiego, znanego polaka-przemysłowca, cukrownika i bankiera, multimiljardera, dobrze znanego w Rosji, który sam zeznał sędziemu śledczemu Sokołowowi w Paryżu, że na carską rodzinę w Tobolsku wydał przez ręce Wyrubowej 175.000 rb. Sokołow powołuje się na zdanie porucznika Łoginowa, który śledził Sołowiewa i stwierdza, że Jaroszyński był również agentem niemieckim i za olbrzymie kapitały, otrzymywane od Niemców, rozsadzał Rosję od wewnątrz.

Widzimy, że Niemcy dobrze obstawili atut, jakim był wciąż jeszcze zdetronizowany cesarz. I zrozumiałą się staje odpowiedź, jaką od nich otrzymał Hurko, kiedy wiosną 1918 r. omawiał ewentualne zrzucenie bolszewickiej władzy i wyraził obawy, że w razie, gdy się zacznie przewrót antybolszewieki, rodzina cesarska zginie. "Niech Pan będzie zupełnie spokojny" - oświadczyli Niemcy - "rodzina carska jest pod naszym nadzorem i opieką".

Takie oto były nici, zadzierzgnięte dookoła Tobolska, gdy stanął w nim w dniu 22 kwietnia sam pan komisarz rządu centralnego Wasilij Wasilewicz Jakowlew, elegancki człowiek, władający angielskim, francuskim i niemieckim i żyjący w Berlinie aż do 1917 r., kiedy po wybuchu rewolucji powrócił do Rosji.

Nowy komisarz przyjechał w pełni władzy. Miał ze sobą doborowy oddział, złożony ze 150 krasnoarmiejców i pełnomoenictwa, podpisane przez prezesa Cika (Centr. Ispołn. Komitet), Jankla Swierdłowa, upoważniające go do karania śmiercią bez sądu każdego, nie spełniającego jego rozporządzeń.

Nowy komisarz przedewszystkiem odbył wielki mityng, na którym we wszelki sposób starał się zaskarbić względy żołnieryy pułk. Kobylińskiego. Oświadczył, że wypłacąc im będzie po 150 rb. (a nie po 5 rb. jak dotychczas) miesięcznie i po 3 rb. djety dziennie, zamiast dotychczasowych 50 kop. Widać było, że bardzo mu na skaptowaniu oddziału wartowniczego zależy.

Do cara zachodził ciągle. Interesował się tylko nim i cesarzewiczem. Ten ostatni jednak był znowu od dwu tygodni ciężko chory (jak wiadomo cesarzewicz cierpiał na hemofilję t. zn. zanik czerwonych ciałek krwi, przez co krew trudno krzepła i najdrobniejsza ranka groziła śmiertelnym i niepohamowanym krwotokiem). Choroba cesarzewicza widocznie wytrącała z równowagi Jakowlewa, który natomiast nie interesował się wcale resztą rodziny.

Na parę tygodni przed przyjazdem Jakowlewa zjechały do Tobolska równocześnie dwa bolszewickie oddziały - z Ornska i Ekaterynburga, z których każdy rościł pretensję do osoby cara. Zwłaszcza wódz Ekaterynburskiego oddziału, żyd Zasławski, pienił się i miotał, wzywając do wtrącenia carskiej rodziny do katorgi.

To wszystko niepokoiło i ponaglało Jakowlewa. 25 kwietnia oświadczył Kobylińskiemu i carowi, że komunikował się bezpośrednią linją telegraficzną z Moskwą i ma rozkaz wywiezienia cara. Car, który czuł, jak i całe zresztą otoczenie, że przyjazd Jakowlewa nie jest bez kozery i podejrzewał, że wywiozą go do Moskwy, aby podpisał Traktat Brzeski (tak oto się orjentował... w rok po rewolucji!), oświadczył, że nie pojedzie, aby, po swojemu, natychmiast ustąpić przed stanowczością Jakowlewa. Postanowiono cesarzewicza z większością świty i siostrami zostawić. Z carem jechała tylko żona, córka Marja, Dołgorukow, lekarz Botkin, lokaj Czemodurow, służąca Demidowa i kuchcik - chłopak nieletni Siedniow.

26 kwietnia o 3 ½ nad ranem ruszył orszak wózków syberyjskich drążkowych (bez resorów, t. zw. "koszowy"). Z przodu i z tyłu jechali żołnierze Jakowlewa z kulomiotami.

Jakowlew pędził, jak szalony, nie dając ani pół godziny spocząć.

Zmieniając często gęsto rozstawne konie, w dwa dni zrobiono 285 wiorst i na drugi dzień wieczorem dojechano do Tiumeni. Widać było, że Jakowlew czegoś się obawia, że chce wygrać na czasie

W Tiumeni cara eskortował wspomniany wyżej szwadron "czerwonych ułanów" pod wodzą Markowa (ów Markow, spełniwszy swą rolę, był potem na służbie niemieckiej w Kijowie i wyjechał wraz z Niemcami do Berlina).

Pociąg specjalny był już przygotowany i niezwłocznie ruszono w dalszą drogę. Na każdej większej stacji Jakowlew biegł do telegrafu, depeszował, zapytywał, badał grunt przed sobą. Okazało się - że nie napróżno się obawiał. Otrzymał wiadomość, że Ekaterynburg nie zgodzi się wypuścić cara dalej na Zachód. Wtedy Jakowlew rzuca się na Omsk. Ale na ostatniej stacji przed Omskiem spotykają go przygotowane na torze kulomioty. Zawraca na Ekaterynburg, gdzie go rozbrajają i żołnierzy jego zamykają w więzieniu.

Straszliwie zdenerwowany Jakowlew udaje się do miejscowego sowietu, ale bezskutecznie. Rzuca tedy swych więźniów i jedzie do Moskwy usprawiedliwiać się. Właściwie - zmyka, pozostawiając cara w rękach Ekaterynburskich siepaczy.

Ze spuszczoną głową z wagonu wysiadł car, za nim carowa i córka, z trudem wlokąca ciężką walizę. Ktoś ze służby chciał jej pomóc, ale został brutalnie odtrącony przez szyldwacha.

Komisarz Szaja, syn Izaaka, Gołoszczekin, eks-dentysta, "kat, okrutnik z cechami zdeklarowanej degeneracji", jak mówi o nim Burcew, czekał już w samochodzie. Radzono. Mżył szary, jednostajny kapuśniaczek. Niebawem samochód zatrzymał się przed murowanym domem narożnym. "Obywatelu Romanow, proszę wysiadać" - z patosem rozkazał Gołoszczekin. Grupa ciekawych tłoczyła się przed domem "Ej wy, czerezwyczajka, czego się gapicie! - rozpędzić ich!" - rozkazał.

Skrzypnęły wrótnie wysokiego ogrodu. Potem drugie. Wielki biały dom, zarekwirowany na więzienie dla cara u miljonera Ipatjewa, bolszewicy otoczyli podwójnym parkanem.

Zatrzasnęły się drzwi Ipatjewskiego domu. Żywym już nie sądzono było wyjść z niego ani carowi, ani jego bliskim. Protopiasta dynastji koronował się w Ipatjewowskim Soborze. Jej przedstawiciel ostatni ginął w Ipatjewowskim domu.

Czytelnik zada sobie pytanie - jakie siły wywiozły cara z Tobolska? Badania późniejsze wykazały niezbicie, że Niemcy. Zagrożeni, rosnącemi w Syberji siłami Kołczaka, pragnęli, aby car nie wymknął się im z rąk. Tatiszczew zeznał później, że Jakowlew kilkakrotnie powtarzał, że wiezie cara do Rygi, która wkrótce potem została zajęta przez Niemców. Bolszewicy, ulegając Niemcom, wydali Jakowlewowi upełnomocnienia, ale car był dla nich zbyt niebezpieczny, aby go mieli wypuścić dalej, niż za Ekaterynburg - pod bezpośrednią już opiekę Niemców.

Że Jakowlew nie był bolszewikiem, świadczą jego dalsze losy. W tymże roku przekradł się przez front "biały" i zaofiarował swe usługi przeciw bolszewikom. Ale wiedział zbyt wiele, by nie był groźny dla Niemców. Mieli oni swoich ludzi i u Kołczaka. Jeden z nich, szef wywiadu, pułkównik Zajczyk, jakiś pokurcz czesko-niemiecki,kazał Jakowlewa zaaresztować i wywieźć gdzieś na południe. Odtąd słuch o Jakowlewie zaginął i najskrzętniejsze poszukiwania zarówno na terytorjum, zajętem przez rząd Kołczaka, jak potem wśród emigracji rosyjskiej, pozostały bez wyniku.


J. Łużyc, Kaźń Mikołaja II oraz członków rodziny Romanowych. www.stalin.tv. © Krzysztof Bar 2005