Borys Bażanow o wojnie sowiecko - fińskiej

Przez wszystkie lata poprzedzające wybuch wojny robiłem wszystko, co było w mojej mocy, by walczyć z komunizmem. Nigdy jednak nie zajmowałem się drobiazgami i głupstwami, dlatego te  nie brałem udziału w hałaśliwym i mało efektywnym życiu politycznym emigracji. Każda emigracja zawsze tworzy mnóstwo maleńkich murzyńskich państewek, które ze sobą konkurują i wzajemnie się zwalczają. Trzymałem się z daleka od tego wszystkiego. To, że postępowałem słusznie, okazało się, gdy ZSRR napadł na Finlandię. Byłem jedynym człowiekiem, który postanowił działać z powodu tej wojny, a główne organizacje emigracyjne zgodnie mnie poparły i wzięły udział w mej akcji. Wysłały list do marszałka Mannerheima, w którym prosiły o okazanie mi pełnego zaufania i obiecały, że udzielą mi wszelkiej możliwej pomocy. List podpisały zarówno Związek Wojskowy, jak i redakcja gazety Odrodzenie a nawet Najwyższa Rada Monarchii (choć z monarchizmem nigdy nie miałem nic wspólnego). Mannerheim zaproponował mi przyjazd do Finlandii.

Wychodziłem z założenia, że podporządkowana bolszewikom ludność marzy o uwolnieniu się spod komunizmu. Chciałem utworzyć Rosyjską Armię Narodową spośród wziętych do niewoli żołnierzy Armii Czerwonej (tylko ochotników), i to nawet nie po to, by walczyć po stronie Finlandii, lecz by dać możliwość żołnierzom radzieckim przejścia na naszą stronę, by ruszyli wyzwalać Rosję spod panowania komunizmu. Gdyby moja opinia o nastrojach ludności okazała się słuszna (a mogłem tak sądzić po koszmarze kolektywizacji i jeżowszczyzny), zamierzałem zorganizować marsz na Moskwę - ruszyć z tysiącem ludzi, a mobilizując wszystkie siły po tamtej stronie, dojść do Moskwy już z pięćdziesięcioma dywizjami.

Francuska opinia publiczna była w owym czasie całkowicie po stronie maleńkiej, bohaterskiej Finlandii. Władze francuskie przyklasnęły mojej inicjatywie i pomogły w szybkim załatwieniu formalności; kierownik Wydziału Politycznego Ministerstwa Spraw Zagranicznych woził mnie do Ministerstwa Wojny, by szybko wyrobiono mi wszystkie niezbędne dokumenty, a jeden z generałów w tym ministerstwie życzył mi powodzenia.

Do Finlandii wyjechałem na początku lutego. Przez Belgię, Holandię i Danią bez żadnych kłopotów samolotem dotarłam do Sztokholmu. Ze Sztokholmu do Finlandii trzeba było lecieć starym, wysłużonym samolotem cywilnym nad Zatoką Botnicką. Przed odlotem długo siedzieliśmy w samolocie i czekaliśmy. Finowie nie mieli lotnictwa wojskowego, Rosjanie mieli, i to silne. Nieustannie i bezkarnie bombardowało ono Finlandię. Nad zatoką latały radzieckie patrole. Trzeba było czekać, aż patrol przeleci i oddali się na dostateczną odległość. Wówczas samolot poderwał się i pomknął, wykorzystując pełną moc swych silników. Mieliśmy nadzieją, że radziecki patrol nie zawróci, wtedy bowiem nic by nas nie mogło uratować.

Mieliśmy jednak szczepcie i dolecieliby do fińskiego brzegu. Tuż przedtem, wyglądając przez okno zobaczyłem, że spod skrzydła wydostają się, języki ognia. Nie wiedziałem, co o tym myśleć, zwróciłem się więc do człowieka siedzącego przede mną (poznaliśmy się powiej - był to fiński minister gospodarki, Enkel, który odwiedzał kraje Europy Zachodniej w sprawach dostaw dla Finlandii), gestem dał mi do zrozumienia, że również nie wie, co to jest. Ale podchodziliśmy już do lądowania. Po wylądowaniu podeszliśmy do pilota i Enkel spytał go czy to normalne, żeby spod skrzydła wydobywały się. płomienie. Pilot roześmiał się - to kompletny absurd, gdyby tak było, to teraz nie rozmawialibyśmy ze sobą , spoczywalibyśmy bowiem na dnie Zatoki Botnickiej. Cóż mogliśmy na to powiedzieć, wzruszyliśmy tylko ramionami.

Marszałek Mannerheim przyjął mnie 15 stycznia w swojej kwaterze głównej w Sankt Michel. Spośród wszystkich ludzi zajmujących się polityką, jakich udało mi się. w życiu spotkać, marszałek Mannerheim wywarł na mnie chyba największe wrażenie . Był to wielki człowiek, gigant, trzymający na swych barkach całą Finlandią. Cały kraj jak jeden mąż udzielił mu bez zastrzeżeń swego poparcia. W przeszłości był generałem kawalerii. Spodziewałem się zobaczyć wojskowego, który niezbyt dobrze orientuje się, w problemach politycznych. Spotkałem wspaniałego, uczciwego człowieka, zdolnego wziąć na siebie ciężar każdej politycznej decyzji.

Wyłożyłem mu swój plan i racje, jakie za nim stały. Mannerheim uznał podjęcie takiej próby za sensowne i powiedział, że zapewni mi możliwość porozmawiania z jeńcami w jednym z obozów (500 osób). Jeśli, pana poprą, niech pan organizuje swoją armię. Jestem jednak starym żołnierzem i bardzo wątpię, żeby ci ludzie, którzy wyrwali się z piekła i uratowali niemal cudem, zechcieli z własnej woli znów do tego piekła wrocić.

Istniały dwa fronty. Główny - to bardzo wąski front karelski, o długości czterdziestu kilometrów, na który komuniści pędzili jedną dywizję po drugiej; dywizje te szły przez góry trupów i walczyły do ostatniego żołnierza - tu jeńców nie było. I - drugi front -od jeziora Ładoga do Morza Białego, na którym wszystko było zasypane śniegiem półtorametrowej wysokości. Tu czerwoni nacierali wzdłuż dróg i zawsze odbywało się to tak samo: radziecka dywizja przedzierała się w głąb lądu Finowie ją okrążali, odcinali i niszczyli w ciężkich walkach; jeńców zostawało niewielu, i to właśnie oni znajdowali się w obozach. Rzeczywiście ludzi tych uratował tylko cud.

Moja rozmowa z Mannerheimem szybko zboczyła na inne tematy - sprawy wojny, problemy społeczne i polityczne. Trwała cały dzień. Jak już mówiłem cała Finlandia patrzyła na Mannerheima i tylko w nim widziała ratunek. Był on w dość niezręcznej sytuacji; szukając rozwiązań najważniejszych problemów społecznych, ekonomicznych i politycznych, musiał prosić o radę ludzi, którzy wszystkie nadzieje pokładali tylko w nim. Ja natomiast byłem człowiekiem z zewnątrz, a moja praca we władzach radzieckich dała mi sporo doświadczeń w sprawach państwowych, którym poświęcałem wiele uwagi; dlatego też rozmowa ze mną o sprawach, które musiał rozstrzygać była dla Mannerheima ciekawa. Tego dnia radzieckie lotnictwo trzykrotnie bombardowało Sankt Michel. Szef sztabu generalnego przychodził namawiać Mannerheima , by zszedł do schronu. Mannerheim pytał mnie: Wolałby pan zejść? Wolałem nie schodzić, bombardowanie mi nie przeszkadzało. Kontynuowaliśmy rozmowy, Szef sztabu patrzył na mnie niemal z nienawiścią. Rozumiałem go: bomba, która przypadkowo trafiłaby w nasz budynek, zakończyłaby opór Finlandii - cały kraj trzymał się na starym, nieugiętym marszałku. Lecz w tym momencie byłem już wojskowym; podjęta została decyzja, że będą dowodzić moją armią, i Mannerheim powinien był zobaczyć, iż przed bombami nie czuję, strachu.

W obozie dla jeńców wojennych nastąpiło to, czego oczekiwałem.Wszyscy byli wrogami komunizmu. Mówiłem do nich językiem, który rozumieli. Rezultat: spośród 500 ludzi 450 zgłosiło się na ochotnika do walki z bolszewikami. Z pięćdziesięciu pozostałych czterdziestu mówiło: Jestem z tobą całą duszą, ale boję się, po prostu się boję. Odpowiadałem: Jeśli się boisz, nie jesteś nam potrzebny; zostań w obozie dla jeńców.

Wszyscy oni byli szeregowymi żołnierzami, a ja potrzebowałem także oficerów. Na radzieckich jeńców - oficerów - nie chciałem tracić czasu. Przy pierwszym z nimi kontakcie zobaczyłem, że dwóch czy trzech półczekistów-półstalinowców zdążyło już zorganizować komórkę partyjną i wprowadzić wśród oficerów terror, strasząc, że ich każdy gest natychmiast będzie w Rosji znany komu należy, a ich rodziny odpowiedzą głową za ich każdy fałszywy krok. Postanowiłem więc dobrać oficerów spośród białych emigrantów. Związek Wojskowy oddał do mojej dyspozycji swoją sekcję w Finlandii. Wziąłem z niej zawodowych oficerów, lecz trzeba było poświęcić sporo czasu, by przygotować ich i zgrać z żołnierzami pod względem politycznym. Mówili różnymi językami; musiałem włożyć wiele pracy, by oficerowie znaleźli właściwy ton i nawiązali odpowiednie stosunki z żołnierzami. W końcu osiągnąłem sukces. Było też wiele innych problemów, na przykład sprawa regulaminu. Wojsko działa zgodnie z regulaminem i określonym automatyzmem reakcji. Nasza armia powinna opierać się nie na regulaminie radzieckim, lecz nowym, który należało stworzyć od podstaw. Oto na przykład taka - wydawałoby się - prosta sprawa; jak zwracać się do siebie. Per towarzyszu - to wymysł sowiecki, per panie - z politycznego punktu widzenia niewskazane i niemożliwe; a więc per obywatelu - żołnierze przywykli do tego, a zwrot obywatelu dowódco też był udany. Mnie nazywano obywatelem dowodzącym.

Istniał jeszcze jeden problem - psychologiczny. Moi oficerowie; kapitan Kisielow, kapitan sztabowy Ługowoj i inni, byli to oficerowie zawodowi. Darzyli mnie szacunkiem jako polityka, lecz nie mieściło im się w głowach, by cywil mógł dowodzić nimi w walce, w czasie której wszystko trzyma się przecież dzięki sile ducha dowódcy. A czy moja siła ducha wystarczyłaby do tego? Nie byli o tym przekonani. Dostrzegałem to w sposób pośredni; podczas naszych zajęć kapitan Kisielow zwracał się do mnie panie Bażanow, a nie obywatelu dowodzący. Przypadek pomógł w rozwiązaniu tego problemu.

Nasze zajęcia prowadziliśmy w Helsinkach, na czwartym piętrze dużego budynku. Radzieckie lotnictwo bombardowało miasto kilka razy dziennie. Była zima i chmury wisiały bardzo nisko. Radzieckie samoloty wznosiły się wysoko w powietrze jeszcze nad Estonią, zbliżały się na odległość około trzydziestu kilometrów do Helsinek, zatrzymywały silniki i nadlatywały nad miasto bezgłośnie, lotem ślizgowym. Wypadały niespodziewanie z niskich chmur, w tej samej chwili słychać było szum zapuszczanych silników i wybuchy padających bomb. Nie było czasu na zejście do schronu, nie przerywaliśmy więc naszych zajęć.

Któregoś dnia słyszymy samoloty nad naszym budynkiem, z-z-z... spadającej bomby i wybuch. Znów z-z-z... i wybuch tuż obok nas. Gdzie trafi następna? W nas czy przeleci dalej? Korzystam okazji i spokojnie kontynuuję swój temat. Ale moi oficerowie cali zamieniają się w słuch. Oto następne z-z-z... i wybuch; mamy to już za sobą. Wszyscy westchnęli z ulgą. Patrzę na nich chłodno i pytam, czy dobrze zrozumieli, co przed chwilą mówiłem. A kapitan Kisielow odpowiada: Tak jest, obywatelu dowodzący. Teraz już nie będą mieć wątpliwości, że w walce moja siła ducha będzie dla nich dobrym oparciem.

To, co można było zrobić w ciągu dwóch tygodni, trwa blisko dwa miesiące. Przemieszczenie wszystkich do innego obozu, bliżej frontu, cała organizacja - wszystko to idzie w żółwim tempie. Lotnictwo radzieckie bezkarnie bombarduje każdego dnia wszystkie węzły kolejowe. Wieczorem każdy węzeł jawi się jako koszmarny obraz wygiętych na wszystkie strony szyn i podkładów na przemian z głębokimi lejami, nocą wszystko się odbudowuje i przez kilka godzin pociągi jakoś kursują; nie jeżdżą jednak w ciągu dnia, gdyż lotnictwo zniszczyłoby je zupełnie. Dopiero w pierwszych dniach marca wszystko jest, już gotowe i szykujemy się do wyjścia na front. Jako pierwszy wyrusza oddział kapitana Kisielowa, dwa dni później wychodzi drugi, potem trzeci. Likwiduję obóz, aby wyruszyć z pozostałymi oddziałami. Zdążyłem jeszcze otrzymać wiadomość, że pierwszy oddział już walczy i że na naszą stronę przeszło trzystu żołnierzy Armii Czerwonej. Nie zdążyłem już sprawdzić tej wiadomości, ponieważ rankiem 14 marca telefonicznie otrzymuję inną wiadomość z Helsinek, od generała Waldena (pełnomocnik marszałka Mannerheima w rządzie): wojna zakończona, mam wstrzymać całą akcję i niezwłocznie przyjechać do Helsinek.

Przybywam do Waldena następnego dnia rano. Walden mówi, że wojna została przegrana i że podpisano zawieszenie broni. Wezwałem pana, by prosić o natychmiastowe opuszczenie Finlandii. Sowieci wiedzą oczywiście o pańskiej akcji i zapewne zażądają, byśmy im pana wydali. Tego nie możemy zrobić, jeśli zaś damy panu możliwość opuszczenia Finlandii później, Sowieci dowiedzą się o tym i oskarżą nas o kłamstwo. Proszę nie zapominać, że jesteśmy w ich rękach i musimy unikać wszystkiego, co mogłoby pogorszyć warunki pokoju, które i tak będą ciężkie. Gdyby zaś wyjechał pan zaraz na żądanie wydania pana odpowiemy, że nie ma pana już w Finlandii, a oni z łatwością mogą sprawdzić datę pańskiego wyjazdu.

A moi oficerowie i żołnierze? Jakże mogę ich zostawić? - O swych oficerów proszę się nie martwić; są obywatelom, fińskimi i nic im nie grozi. Tym żołnierzom, którzy wbrew pańskiej radzie zechcą wrócić do ZSRR, nie możemy przeszkodzić mają do tego prawo; ci, którzy zechcą pozostać w Finlandii, będą traktowani jak ochotnicy fińskiej armii, i otrzymają prawa obywateli fińskich. Pana obecność tutaj nic im już nie da, zajmiemy się nimi. Wszystko to brzmiało sensownie i słusznie. Wsiadam więc do samochodu, jadę do Turku i jeszcze tego samego dnia przybywam do Szwecji. I bez żadnych przygód wracam do Francji. O mej fińskiej akcji składam sprawozdanie: l) przedstawicielom organizacji emigracyjnych; 2) na zebraniu rosyjskich oficerów sztabu generalnego; zebranie odbywa się w mieszkaniu szefa 1. oddziału Związku Wojskowego, generała Witkowskiego; obecni są na nim też: admirał Kiedrow, były rosyjski ambasador Makłakow i jeden z wielkich książąt, jeśli się nie mylę, Andriej Władimirowicz. Niedługo potem rozpoczyna się kampania francuska, w czerwcu Niemcy wkraczają do Paryża.[1]



[1] B. Bażanow, Byłem sekretarzem Stalina, Warszawa 1985, s. 178-181


Borys Bażanow o... www.stalin.tv. © Krzysztof Bar 2005