Borys Bażanow o swojej ucieczce z ZSRR

W Aszchabadzie zjawiłem się u pierwszego sekretarza KC Turkmenii, Ibrahimowa. Znałem go z KC. Gdy ja byłem sekretarzem w Biurze Politycznym, on pełnił funkcją odpowiedzialnego instruktora KC i uważał mnie za wielką figurę. Tym bardziej więc był zdziwiony moim przyjazdem. Pierwszą jego myślą było, że przyjechałem zająć jego miejsce. Wyperswadowałem mu to, wyjaśniłem, że chcę pracować na niewysokim stanowisku. Mianuj mnie na początek kierownikiem tajnego wydziału KC [...]. Będę twoim podwładnym i nikomu nie przyjdzie do głowy, że chciałbym zająć twoje miejsce. Tak też się stało.

Po kilku dniach oznajmiłem, że jestem namiętnym myśliwym, ale poluję tylko na grubego zwierza (a naprawdę, to nienawidzę polowania). Zatelefonowałem do Dorofiejewa, naczelnika 46 oddziału Wojsk Ochrony Pogranicza GPU, i poprosiłem go o przysłanie mi dwóch karabinków i zezwolenia na polowanie w strefie przygranicznej dla mnie i Maksimowa. Bez zwłoki je otrzymałem.

Przez dwa czy trzy miesiące badałem sytuację, podczas gdy Maksimow, któremu załatwiłem jakieś niewielkie stanowisko administracyjne sumiennie słał na mnie donosy do Moskwy.

Ibrahimow był porządnym człowiekiem, moje stosunki z nim od razu ułożyły się znakomicie. Kierowałem tajną kancelarią KC, sekretarzowałem na posiedzeniach Biura KC i na plenach KC Turkmenii, znów byłem, choć w niewielkiej, lokalnej skali w centrum wszystkich tajnych spraw. Rozmawiając z Ibrahimowem, często rozpytywałem go o Persję. Niepokoi mnie fakt, że linia kolejowa - nasze główne połączenie z krajem - cały czas biegnie wzdłuż perskiej granicy. W razie wojny Persowie mogą z łatwością przeciąć naszą główną linię komunikacyjną. Ibrahiirow śmieje się: A nasz 46 oddział, to co? Oponuję - przecież tym powinno się zająć normalne wojsko. Ibrahimow odpowiada: Znasz historię? Gdy przed wiekiem miała miejsce rewolta w Teheranie i został zabity nasz ambasador. Gribojedow, wiesz, co zrobił car? Wysłał z Rosji sotnię kozaków, która zrobiła - w Persji porządek; nie sądź, że teraz bardzo się tam zmieniło.

Kiedy indziej mówię: Macie tu granicę pod nosem; pewnie jest wiele ucieczek? - Przeciwnie - powiada Ibrahimow - ucieczki są bardzo rzadkie. Oczywiście granica jest bardzo długa i ogromnie trudno byłoby ją upilnować na całej długości. Żeby jednak zbliżyć się do niej, trzeba dotrzeć do jakiegoś zaludnionego miejsca, a na takich właśnie miejscach skupiona jest całą uwaga. Żaden nowy przybysz nie może tam zostać niezauważony.

No dobrze - powiadam - ale to nie odnosi się do partyjnych. Pracownik aparatu może bez trudu znaleźć się w pobliżu granicy i ją przekroczyć. Czy mieliście takie przypadki? - Dwa - mówi Ibrahimow - ale nie stanowi to żadnego problemu. Pracownika aparatu partyjnego, który uciekł do Persji, po prostu łapiemy w Persji i przywozimy go z powrotem. - A władze perskie? - A władze perskie przymykają oczy, jak gdyby nic się nie stało.

Wygląda to niezbyt zachęcająco. Przejść granicę jest więc tu łatwo, ale później zaczynają się trudności. No cóż, zaryzykujemy.

Przeprowadzam rozpoznanie granicy. 20-30 kilometrów od Aszchabadu, przy samej granicy z Persją, już w górach, znajduje się Firiuza - dom wypoczynkowy KC. Wraz z grupą kilku myśliwych - pracowników KC - wybieram się, tam w niedzielę. Przechodzę górskim wąwozem bardzo daleko - kto wie, może już jestem w Persji? Nabieram przekonania, że to miejsce zupełnie nie nadaje się do przekroczenia granicy; przejdziesz, a tu gdzieś z wąwozu ni z tego, ni z owego wyskoczy patrol graniczny: Kolego, to już Persja, co tu robisz? Wracaj z powrotem!

Wybieram na mapie Luftabad, odległy o 40-50 kilometrów od Aszchabadu. Jest to stacja kolejowa, a na wprost niej, za dwoma kilometrami szczerego pola, leży wieś perska o tej samej nazwie. Zdecydowałem, że przekroczę granice l stycznia (1928 r.). Żyję po dziś dzień i mogę pisać te słowa tylko dlatego, że wybrałem na przejście granicy właśnie dzień l stycznia.

Wieczorem 31 grudnia wyjeżdżamy z Maksimowem na polowanie. Maksimow wolałby wprawdzie zostać i powitać Nowy Rok w jakimi wesołym towarzystwie, lecz obawia się, że jego szefowie (GPU) będą niezadowoleni, że nie depcze mi po piętach. Dojeżdżamy pociągiem na stację Lutfabad i od razu zgłaszamy się do naczelnika miejscowej straży granicznej. Pokazuję dokumenty, zezwolenie na polowanie w strefie przygranicznej. Naczelnik strażnicy zaprasza mnie do wzięcia udziału w koleżeńskim spotkaniu noworocznym. Robi to z uprzejmości. Odpowiadam, że po pierwsze, przyjechałem polować, wolę więc wyspać się i wczesnym rankiem wyjść w pełni sił na polowanie; po drugie, zapewne w gronie kolegów zechcą sobie wypić, a ja nie piję i do towarzystwa ludzi pijących zupełnie się nie nadaje. Idziemy spać.

Następnego dnia wyruszamy wczesnym rankiem i idziemy w kierunku perskiej wioski. Kilometr dalej, w szczerym polu, w zasięgu wzroku pograniczników widzę zniszczony słup - słup graniczny, za nim Persja. Ze strażnicy nie ma żadnych oznak życia - wszyscy są w sztok pijani. Mój Maksimow nie ma zielonego pojęcia o topografii tego rejonu i nawet nie podejrzewa, że jedną nogą jesteśmy w Persji. Siadamy i jemy śniadanie.

Po śniadaniu podnoszę się i mówię do Maksimowa (każdy z nas ma karabinek, ale wszystkie naboje są u mnie): Arkadiuszu Romanowiczu, oto słup graniczny, za nim Persja. Róbcie, co chcecie, ale ja idę do Persji i porzucam na zawsze socjalistyczny raj; niech świetlana budowa komunizmu odbywa się beze mnie. Maksimow jest przerażony: Ale ja nie mogę wracać, przecież rozstrzelają mnie na to, że was puściłem. Proponuję mu więc: Jeśli chcecie, zabiorę was ze sobą i dowiozę do Europy, ale uprzedzam, że od tej chwili będą na was polować tak samo jak na mnie. Maksimow dochodzi do wniosku, że nie ma innego wyjścia; decyduje się iść ze mną do Persji.

Docieramy do wsi i próbujemy odszukać miejscowe władze. Wreszcie nam się to udaje. Oznajmiają nam, że ten przypadek poważnie przekracza ich kompetencje, i wysyłają gońca do najbliższej, odległej o 20 kilometrów, siedziby władz administracyjnych. Goniec wraca późnym wieczorem z poleceniem: mamy jechać do tego miasteczka. Władze wioski jednak zdecydowanie odmawiają zorganizowania naszej podróży w nocy; musimy przenocować w Lutfabadzie.

Tymczasem, informatorzy pracujący dla władz radzieckich przechodzą granicę i próbują zawiadomić strażnicę o naszej ucieczce. Cała załoga strażnicy jest jednak kompletnie pijana do rana 2 stycznia nikogo nie udaje się zawiadomić. A rankiem 2 stycznia wyjeżdżamy już do głównego miasta dystryktu, do którego docieramy dość szybko. Nie ma najmniejszej wątpliwości, że gdyby nie był to dzień l stycznia i Nowy Rok, to najbliższej nocy uzbrojony oddział radziecki przekroczyłby granicę, zostalibyśmy pojmani i odstawieni z powrotem, w ten sposób zakończyłaby się moja życiowa kariera.

W stolicy dystryktu staje przed nami niespodziewana szansa - w osobie naczelnika dystryktu, Pasbana. w odróżnieniu od całej lokalnej administracji perskiej, tchórzliwej, leniwej, przekupnej i na wszystko obojętnej, jest to człowiek mądry, zdecydowany i energiczny. Okazuje się, że przeszedł niemiecką szkoły w czasie pierwszej wojny światowej.

Ma nas wysłać do stolicy prowincji (Chorasan) - Meszedu, Wyjaśnia nam, że od Meszedu dzielą nas góry o wysokości sięgającej 3000 metrów. Istnieje tylko jedna droga przejezdna: omija góry, zbliża się do Aszchabadu, dalej prowadzi głębokim wąwozem i przełęcze przez góry do miasta Kuczan, a dopiero potem skręca w lewo do Meszedu. Wysłanie nas do Meszedu tą drogą oznacza dla was pewną śmierć; od dziś będzie tam czatował oddział czekistów z samochodem, złapią was i wywiozą do Rosji. Jedyna wasza szansa to pójść wprost przez góry. Nie ma tam żadnej drogi, są tylko ścieżki, którymi tutejsi mieszkańcy przechodzą czasami w lecie. Teraz jest zima i wszystko pokrywa głęboki śnieg. Musicie jednak spróbować. Bolszewicy nie zaryzykują pójścia w góry. Dam wam przewodników i koniki górskie. Przewodnikom nie ufajcie, ufajcie natomiast w pełni tym konikom - one odnajdą drogę.

Tworzy się karawana, rozpoczynamy wspinaczkę.

Wędrówka przez góry, śniegi, urwiska i rozpadliny trwa cztery dni. Ze dwadzieścia razy ratowały nam życie malutkie, kudłate kucyki, które jak koty wdrapują się na nieprawdopodobnie strome szczyty, a poślizgnąwszy się natychmiast padają na brzuch, rozsuwając wszystkie cztery nogi na boki i utrzymując się w ten sposób przed upadkiem ze zbocza. Wreszcie piątego dnia umęczeni schodzimy w dolinę Meszedu i na jego przedmieściach dostajemy się na szosą. Tam i z powrotem jeździ po niej ciężarówka, pełniąca rolą autobusu. Trafiamy w samą porą, zajmujemy tylne miejsca; tuż za nami do autobusu wsiada dwóch czekistów, którzy muszą jednak usiąść przed nami. Najprawdopodobniej sądzą, że jesteśmy uzbrojeni i zachowują się spokojnie. Dojeżdżamy do Meszedu i autobus podwozi nas nie wiedzieć czemu pod hotel. Tłumaczą nam, że jest to jedyny w mieście hotel europejskiego typu; tubylcy zatrzymują się w karawanserajach. Jesteśmy bardzo zmęczeni i marzymy o dobrym łóżku. Przed pójściem spać próbujemy napić się kawy w hotelowej restauracji. Kiedy postawiono przed nami kawę i mój towarzysz zabiera się do picia, powstrzymuję go. Od kawy bije silny zapach gorzkich migdałów - to zapach cyjanku potasy. Rezygnujemy z kawy i idziemy do naszego pokoju. Prowadzi nas do niego dyrektor hotelu, Ormianin Kołtuchczew, który tłumaczy, że tylko ten pokój ma wolny. Pokój nie ma zamka ani zasuwki - są "w naprawie". Po drodze widzę wolne pokoje, ale Kołtuchczew twierdzi, że są zajęte przez innych klientów. Naprędce barykadujemy krzesłami drzwi i z rozkoszą wyciągamy się na prawdziwych łóżkach.

Sen nasz trwa niedługo. Budzi nas głośne stukanie do drzwi: Policja. Mimo protestów doprowadzają nas do głównej komendy policji (nazmija), tłumacząc nam, że to dla naszego dobra. Naczelnik policji, oschły, szorstki służbista, nie mówi po rosyjsku. Umieszcza nas w swym gabinecie i znika. Jego pomocnik, nadzwyczaj sympatyczny Pers, kształcił się w Rosji i doskonale mówi po rosyjsku. Od niego dowiadujemy się wreszcie, o co chodzi. Okazuje się, że nasz przyjazd do Meszedu wywołał niezwykłe ożywienie we wszystkich radzieckich instytucjach. Informatorzy policji widzieli, jak radziecki agent wojskowy Paszajew spotkał się z innym radzieckim agentem Kołtuchczewem (dyrektorem naszego hotelu) i przekazał mu rewolwer oraz coś jeszcze (zapewne truciznę). Policja, zorientowawszy się, o co chodzi, zorganizowała pod naszymi drzwiami zasadzkę. W nocy Kołtuchczew szedł na górę z rewolwerem, by nas ukatrupię (obiecano mu, że zaraz potem zostanie wywieziony do Rosji), ale pod drzwiami naszego pokoju został aresztowany, nas zaś przewieziono na policję.

Rankiem następnego dnia przyjął mnie gubernator Chorasanu. Jest to stary, chytry i flegmatyczny Pers. Patrzy na mnie z zaciekawieniem, ale mówi mało. Nie zna rosyjskiego; rozmawiasz przy pomocy tłumacza. Zwracam się do tłumacza: Proszę powiedzieć panu gubernatorowi, że Persja, tak jak każdy cywilizowany kraj, przyznaje oczywiście prawo azylu emigrantom politycznym... Tłumacz zamiast tłumaczyć pyta: A kto panu powiedział, że Persja jest cywilizowanym krajem? Powiadam: Nieważne, kto powiedział, proszę tłumaczyć to, co mówię. Tłumacz drapie się za uchem: Chodzi o to, że gubernator może sobie pomyśleć, iż pan sobie kpi z niego. - Mimo to proszę przetłumaczyć to tak, jak powiedziałem.

Wysłuchawszy mnie gubernator odpowiada, że nie może podjąć żadnych decyzji w mojej sprawie; taką decyzję musi podjąć rząd; wyśle, więc do rządu szczegółowy raport, a na razie zostaną podjęte wszelkie niezbędne środki dla zapewnienia mi bezpieczeństwa. Muszę, wiec czekać na odpowiedź z Teheranu.

Lokujemy się w gabinecie naczelnika policji. Budynek policji ma postać średniowiecznej twierdzy w kształcie czworoboku, z jednym tylko wejściem. Pomocnik naczelnika policji pokazuje mi plemię dzikich jeźdźców kurdyjskich, którzy rozbili obóz na placu przed gmachem policji. Ludzie ci opłacani są przez bolszewików; po moim wyjściu z budynku mają zrobić na mnie napad, zarąbać i uciec. Policja dobrze o tym wie; zresztą prawie stąd nie wychodzę, a jeśli już, to pod silną ochroną.

Rozmowy z Teheranem bardzo się przeciągają. Pomocnik naczelnika policji na bieżąco informuje mnie o sytuacji. Przeciągają się zwłaszcza rozmowy między Teheranem, a Moskwą, która żąda wydania mnie.

W ostatnich latach wiedzy Persją a Rosją istniały trzy czy cztery sporne kwestie, w których żadna ze stron nie chciała ustąpić, upierając się przy swoich prawach. Dotyczyły one rybołówstwa w strefie przygranicznej na Morzu Kaspijskim (kawior), szybów naftowych, a przede wszystkim linii granicznej, od której ostatecznego przebiegu będzie zależało, komu przypadną znajdujące się w tej strefie bogate tereny roponośne. W zamian za wydanie mnie Stalin zgadza się pójść Persom na ustępstwa we wszystkich tych spornych kwestiach; rząd perski, jak się wydaje, jest skłonny mnie wydać. Mój sympatyczny Pers przekazuje mi to z głębokim żalem.

Jednocześnie z pertraktacjami rządowymi trwają niezależne działania GPU. 2 stycznia rozbudzona strażnica zawiadomiła wreszcie Aszchabad o mojej ucieczce. Rozpoczęły się ciągłe telefony z Moskwy - Jagoda przejawiał ogromną aktywność. Stalin rozkazał, by mnie zabić lub za wielką cenę dostarczyć do Rosji. Do Persji wysłano oddział, który oczekiwał mnie na drodze do Kuczanu, ale się nie doczekał. Z Teheranu do Meszedu przylatuje samolotem rezydent GPU w Persji, Agabekow, który od razu otrzymuje ogromne środki przeznaczone na zorganizowanie zamachu na mnie. Agabekow energicznie bierze się do pracy. Przygotowania prowadzone są różnymi torami i z powodzeniem (Agabekow sam o tym wszystkim opowie w swojej książce,wydanej w 1931 r.). Kiedy wszystko jest już przygotowana, Agabekow dostaje niespodziewanie rozkaz z Moskwy - wstrzymać całą akcję. Nie rozumie dlaczego, przecież wszystko jest już przygotowane. Jest zupełnie zbity z tropu. Nie wie, że Moskwa otrzymała zapewnienie, że zostanę wydany, przekazane kanałem, o którego istnieniu nie ma pojęcia. [...] [1]

Miły pomocnik naczelnika policji w Meszedzie przychodzi zupełnie roztrzęsiony. Ze stolicy nadszedł rozkaz rządu, by przewieźć mnie do Teheranu, a według towarzyszących temuu rozkazowi informacji przejazd ten nie rokuje mi nic dobrego; mój sympatyczny Pers sądzi, że zostanę wydany bolszewikom.

Pora, bym przeszedł do ataku.

Przed rewolucją istniał w Persji Bank Rosyjsko - Perski. Jak mówiono mi w Aszchabadzie, przyszły szach służył wówczas w straży bankowej. Po rewolucji bolszewickiej bank zamarł; jednakże wraz z NEP-em handel z Persją został wznowiony, a wszystkie sprawy handlowe prowadzono poprzez ten bank, który praktycznie zmonopolizował handel z ZSRR. Na czele banku stał niejaki Chosztaria, który z władzami radzieckimi nawiązał bardzo dobre stosunki. Często przyjeżdżał do Moskwy, gdzie przyjmował go dyrektor Banku Państwowego, którym w owym czasie był Piatakow. Podczas jednej ze swych wizyt Chosztaria przedłożył Piatakowowi propozycję: Czy rząd radziecki chciałby na waszego agenta - oczywiście za duże pieniądze - jednego z najznakomitszych i najbardziej wpływowych ministrów perskiego rządu, a do tego jeszcze osobistego przyjaciela szacha? Piatakow odrzekł, że propozycja w zasadzie jest interesująca, ale chciałby znać warunki. Chosztaria podał finansowe warunki współpracy, ale zażądał, by poza Piatakowem i Biurem Politycznym (widać nieźle orientował się w prawdziwym mechanizmie władzy radzieckiej) nikt o tym nie wiedział. Nawet GPU? - zapytał Piatakow. Zwłaszcza GPU. Jest to warunek podstawowy. Jeśli GPU będzie o tym wiedziało, to gdy prędzej czy później jakiś pracownik GPU ucieknie od was, zdradzi sekret, a to będzie, kosztowało głowę i mnie, i mojego ministra. Piatakow obiecał przedstawić sprawę w Biurze Politycznym.

W Biurze Politycznym przyjęto żądane warunki - o istnieniu tego agenta rzeczywiście wiedzieli tylko członkowie Biura, Piatakow, przez którego nawiązany był kontakt, i oczywiście ja, jako sekretarz Biura I tak minister Tejmurtasz, osobisty przyjaciel szacha, stał się agentem Moskwy. Zapłacono mu organizując niezwykle sprytną kombinację

W Biurze Politycznym przyjęto żądane warunki - o istnieniu tego agenta rzeczywiście wiedzieli tylko członkowie Biura, Piatakow, przez którego nawiązany był kontakt, i oczywiście ja, jako sekretarz Biura I tak minister Tejmurtasz, osobisty przyjaciel szacha, stał się agentem Moskwy. Zapłacono mu organizując niezwykle sprytną kombinację (Piatakow referował: Chosztaria, przez podstawioną osobę, kupuje ogromny majątek ziemski; przy tym kupujący rzekomo nie dysponuje dostatecznymi środkami i zaciąga pożyczkę na hipotekę majątku w Banku Rosyjsko-Perskim; potem nie jest w stanie spłacić w terminie ani procentów, ani pożyczki. Bank proponuje Tejmurtaszowi wykupienie tego majątku wyłącznie za cenę hipoteki i na kredyt; nie musi zresztą płacić nawet tej niewielkiej sumy - Chosztaria sprzedaje maleńką część majątku i tym pokrywa dług. Zdaje się, że istotnie w ten sposób przeprowadzono tę operację). Tejmurtasz stał się bogatym człowiekiem.

Moskwa nie zawracała mu głowy głupstwami. Informował Moskwę tylko o najważniejszych i zasadniczych problemach polityki rządu Persji. Jednakże teraz, gdy wynikła sprawa wydania mnie Moskwie, został widocznie zmobilizowany i wykorzystywał swoje wpływy, by przekonać rząd, iż należy skorzystać z okazji - cena, jaką proponuje za mnie Moskwa, jest dostatecznie wysoka.

Po nadejściu wiadomości, że mam jechać do Teheranu, odczekałem dzień, by dotrwać do piątku - w Persji dzień ten odpowiada naszej niedzieli; instytucje są zamknięte, wszyscy odpoczywają. Poprosiłem do siebie naczelnika policji; nie ma go w mieście, jest na wsi. Wobec tego - pomocnika naczelnika policji. Przyszedł. Powiedziałem mu, że bezzwłocznie muszę zobaczyć się z gubernatorem Chorasanu. Jego także nie ma w mieście, wyjechał na wieś (o to mi chodziło). Ponieważ sprawa jest bardzo ważna i koniecznie muszę przekazać władzom tajemnicę najwyższej wagi, proszę, by natychmiast mnie przyjął "emiliakszer" (dowódca Chorasańskiego Okręgu Wojskowego). Eimiliakszer odpowiedział, że czeka na mnie.

Wiedziałem, że chociaż Pers, jeszcze przed wojną uczył się w rosyjskiej szkole wojskowej i z tego względu był jakby rosyjskim oficerem, mówił też oczywiście dobrze po rosyjsku. Ponadto był blisko związany z szachem.

Powiedziałem emiliakszerowi, że wiem (prawdopodobnie on też), iż rząd wzywa mnie do Teheranu i - jak się wydaje - jest skłonny wydać mnie bolszewikom. Nie sądzę, żeby sam popierał tę decyzją. Emiliakszer odpowiedział, że to sprawa rządu i problem polityczny, on zaś jest wojskowym, zajmuje się sprawami wojska i nie ma z tym nic wspólnego.

Zapytałem go, czy może wyświadczyć mi pewną przysługę. Zapewne podczas podróży towarzyszyć mi będzie zbrojna eskorta, która mi pan przydzieli? Emiliakszer potwierdził - towarzyszyć mi będzie podoficer i czterech żołnierzy. Czy może pan tak dobrać całą piątkę, by żaden z nich nie umiał czytać? Emiliakszer uśmiechnął się; w Persji, gdzie 80% ludności to analfabeci, rzecz nie sprawiała najmniejszego kłopotu. Obiecuje mi to. A teraz przejdźmy do bardzo ważnej sprawy, z powodu której chciałem się z panem zobaczyć. Proszę, by niezwłocznie udał się pan do Teheranu, do szacha, i będąc z nim sam na sam powiedział mu, że minister Tejmurtasz jest radzieckim agentem. - Ależ to absolutnie niemożliwe. Tejmurtasz jest najbardziej wpływowym członkiem rządu i osobistym przyjacielem szacha. - Jednak jest to prawda. Tu przytoczyłem mu wszystkie dowody.

Następnego dnia emiliakszer odleciał do Teheranu i zameldował o wszystkim szachowi. Szach przeprowadził śledztwo w celu sprawdzenia mych informacji. Potwierdziły się one w pełni. Tejmurtaszna aresztowano i oddano pod sąd wojskowy pod zarzutem zdrady stanu. Sąd skazał go na karę śmierci.

Po kilku dniach wyjechaliśmy z Maksimowem samochodem wraz z podoficerem i czterema żołnierzami. Droga prowadziła na południe. 40 kilometrów za Meszedem rozwidlała się - jej prawa odnoga prowadziła do Teheranu, lewa - na południe, do Duzdabu, na granicy z Indiami. Poleciłem jechać na południe. Podoficer był ogromnie zdziwiony. Powiedziano mi, że jedziemy do Teheranu. - Powiedziano ci tak, by zmylić bolszewików, ale jedziemy do Duzdabu. Zdezorientowany podoficer nie wiedział, co robić. Pytam go: Masz list przewodni? - Tak. Wyjmuje zza pazuchy kopertę. Patrz adresowany jest do władz w Duzdabie, Czytaj. - Ale ja nie umiem czytać. - To niech przeczyta któryś z żołnierzy. Wszyscy żołnierze to także analfabeci. Biorę, więc to na swoją odpowiedzialność - jedziemy do Duzdabu.

Przez cztery dni nasz dzielny i przeładowany dodge jechał po czymś, co tylko w bardzo niewielkim stopniu przypominało drogę;. Jak mówią Persowie: Bóg zgubił drogę, szofer ją znalazł. Jechaliśmy ścieżkami, polami, wyschniętymi korytami rzeczułek. W końcu dojechaliśmy jednak do Duzdabu. Żołnierze z karabinami bardzo się przydali; po drodze jacyś bandyci byli, by ograbić podróżnych w samochodzie, ale widok żołnierzy z karabinami od razu ich zniechęcił.

Gubernator Duzdabu otrzymał kopertę, adresowaną zapewne do władz teherańskich (lub wojskowych), i nic z tego nie rozumiał. Poprosiłem, by zwolnił żołnierzy, którzy w niczym tu nie zawinili, bo to ja kazałem konwojentom jechać do Duzdabu. Odpowiedział, że musi zwrócić się po instrukcje do Teheranu, a na razie oddał nam do dyspozycji mały, stojący na uboczu domek. Ponieważ w Persji telegramy, zgodnie z powszechną opinią, szły pocztą wielbłądzia, sądziłem, że korespondencja gubernatora ze stolicą da mi dość czasu na przygotowanie następnego kroku, tzn. przejścia kolejnej granicy - indyjskiej; zrobiłbym to oczywiście nie pytając władz perskich o pozwolenie.

Okazało się jednak, że myliłem się licząc na to, iż mam wiele czasu. Drugiego dnia naszego pobytu w domku, gdy siedząc na przyzbie omawialiśmy sytuację, nagle podjechał samochód, z którego wyskoczyli dwaj uzbrojeni w rewolwery faceci o wyglądzie czekistów. Z rekordową szybkością zrejterowaliśmy do domu. Czekiści, oczywiście, doszli do wniosku, że za chwilę z naszego domu posypią się strzały, równie szybko wskoczyli do samochodu i odjechali. Gdyby wiedzieli, że nie mamy żadnej broni, zapewne potoczyłoby się to zupełnie inaczej.

W każdym razie nie ulegało już wątpliwości, że trzeba się spieszyć. W Duzdabie urzędował angielski wicekonsul, którego podstawowa działalność polegała na skupie i wywożeniu perskich dywanów do Anglii bez opłacania cła. Przy tym cały wywiad i informację organizowali mu prawdopodobnie bolszewicy. Odmówił, gdy próbowałem się z nim spotkać. Później (już w Indiach) okazało się, że bolszewiccy informatorzy donieśli mu, że jesteśmy niemieckimi agentami. Przed sobą mieliśmy długą, niemal nie strzeżoną przez Persów granicę z Beludżystanem. Nie była strzeżona, ponieważ tuż za nią rozciągała się sucha, wypalona słońcem pustynia. Po drugiej jednak stronie pewną ochronę granicy na użytek Anglików pełniło półdzikie plemię beludżyjskie.

Trzeba było znaleźć wyjście jak najszybciej. Na targu w Duzdabie nawiązałem rozmowę z hinduskimi kupcami, starając się dowiedzieć, który z tutejszych Hindusów zajmujących się handlem jest człowiekiem Anglików i cieszy się ich zaufaniem. Wskazano mi jakiegoś człowieka. Zaproponowałem mu, by przeprowadził mnie przez granicę i oddał w ręce pilnującego granicy beludżyjskiego plemiemia. Zgodził się i z nastaniem nocy zawiózł mnie do Beludżów.

Z wodzem plemienia szybko się dogadałem. Z kilku wojowników i wielbłądów zorganizował karawanę i wyruszyliśmy w podróż przez pustynię. Wypada tu wspomnieć, że od chwili porzucenia radzieckiego raju nie mieliśmy grosza przy duszy i dotąd wszystkie nasze podróże odbywały się na koszt Jego Wysokości Szacha, a od teraz - na koszt. Jego Łaskawej Wysokości Króla Anglii. Przynajmniej ani ja sam, ani wódz nie mieliśmy co do tego żadnych wątpliwości.

Było tak gorąco, że karawana mogła iść jedynie nocą. Poza tym większą część drogi idzie się piechotą, gdyż od jazdy na wielbłądzie bebechy się człowiekowi wywracają. Na domiar złego mój towarzysz podróży Maksimow pokłócił się z którąś wielbłądzicą, dając jej kopniaka w pysk. Wielbłądzica nic nie powiedziała, ale po drodze starała się zająć miejsce za jego wielbłądem i zachowując dystans dwóch - trzech metrów, by nie mógł jej dosięgnąć nogą, nader celnie w niego popluwała. Jego radzieckie słownictwo nie robiło na niej najmniejszego wrażenia. Była to nasza trzecia podróż: pierwsza - przez góry, na kucykach, druga - przez Persję - samochodem; i ta trzecia - przez pustynię, na wielbłądach. Dziwnym zbiegiem okoliczności każda z nich trwała cztery dni. Rankiem piątego dnia dotarliśmy do linii kolejowej i zwróciłem się do tutejszego angielskiego rezydenta.

Było tak gorąco, że karawana mogła iść jedynie nocą. Poza tym większą część drogi idzie się piechotą, gdyż od jazdy na wielbłądzie bebechy się człowiekowi wywracają. Na domiar złego mój towarzysz podróży Maksimow pokłócił się z którąś wielbłądzicą, dając jej kopniaka w pysk. Wielbłądzica nic nie powiedziała, ale po drodze starała się zająć miejsce za jego wielbłądem i zachowując dystans dwóch - trzech metrów, by nie mógł jej dosięgnąć nogą, nader celnie w niego popluwała. Jego radzieckie słownictwo nie robiło na niej najmniejszego wrażenia. Była to nasza trzecia podróż: pierwsza - przez góry, na kucykach, druga - przez Persję - samochodem; i ta trzecia - przez pustynię, na wielbłądach. Dziwnym zbiegiem okoliczności każda z nich trwała cztery dni. Rankiem piątego dnia dotarliśmy do linii kolejowej i zwróciłem się do tutejszego angielskiego rezydenta.

Mój angielski pozostawiał wiele do życzenia; co i jak zrozumiał z tej rozmowy rezydent, nie wiem. Natychmiast jednak wysłał do Simli długi telegram; następnego dnia przyjechała po mnie salonka, w której zwykle odbywali podróże służbowe wicekról i ministrowie rządu indyjskiego. Po wielbłądach ten sposób podróżowania wydał się nam niezwykle przyjemny. Zachwyciła mnie zwłaszcza wanna, ale i to, że kucharz z szacunkiem dowiadywał się, jakie menu będzie nam odpowiadało.[2]

Zimową stolicą Indii było Delhi. Latem jednak jest tam tak gorąco, że Anglicy wybudowali sobie na zboczach Himalajów, na wysokości 3000 metrów, stolicę letnią - Simlę. Był to twór sztuczny, miasteczko o charakterze wyłącznie administracyjnym; oprócz instytucji rządowych i personelu pomocniczego były tam tylko sklepy. Cudzoziemców, zdaje się, w ogóle nie wpuszczano do Simli.

Anglicy przyjęli mnie dobrze, umieścili nas w niezłym hotelu. Po wszystkich podróżach nasze ubrania prezentowały się nienajlepiej. Anglicy znaleźli eleganckie wyjście z sytuacji. W sztabie wojsk angielskich stacjonujących w Indiach odbywała się właśnie sesja egzaminacyjna z języka rosyjskiego dla oficerów sztabowych. Zostałem zaproszony do grona egzaminatorów i za otrzymane honorarium nie tylko uszyłem sobie i Maksimowowi nowe garnitury, ale miałem jeszcze dość pieniędzy na drobne wydatki.

Do Indii przybyliśmy już w początkach kwietnia. Zaczęła się korespondencja z Londynem. Trwała bardzo długo. Władze lokalne miały świadomość, że stanowię kopalnię wiadomości na temat Rosji Radzieckiej i nie mam najmniejszego zamiaru czynić z nich tajemnicy, przeciwnie, uważam za swój obowiązek dzielić się nimi ze wszystkimi przeciwnikami komunizmu. Nie mając jednak możliwości ich wykorzystania, uznali, że lepiej będzie, jeśli wiadomości te zostaną spożytkowane - przez wykwalifikowanych specjalistów z metropolii, dlatego też na razie zostawili mnie w spokoju.[3] [...]

Mój pobyt w Indiach przedłuża się coraz bardziej. Niespodziewanie jednak okazuje się, że wynika to po prostu z nieporozumienia. Z początkiem sierpnia tracę cierpliwość ,i zaczynam podejrzewać, że władze angielskie wodzą mnie za nos i nie podają prawdziwej przyczyny zwłoki. O swych wątpliwościach mówię sir Icemongerowi [szef wywiadu brytyjskiego w Indiach]. Widocznie uznaje moje podejrzenia za obraźliwe i aby mi je wyperswadować, pokazuje korespondencję w mojej sprawie między wicekrólem Indii a ministrem d/s Indii. Nie powinien tego robić - korespondencja jest tajna. Tajny jest wynikający z tych listów fakt, że Anglicy podtrzymują na użytek Hindusów mit o tym, iż wicekról to potężna figura o ogromnym autorytecie; w rzeczywistości jest to postać teatralna, podporządkowana ministrowi d/s Indii, który nią komenderuje. Nie to jednak mnie interesuje. W korespondencji cały czas rozważana jest kwestia nieprzyjemności, jakich opozycja może narobić rządowi z mojego powodu. Ale z jakiego konkretnie powodu? Jak się okazuje, powodem tym może być przyznanie mi przez rząd angielski prawa azylu w Anglii. A przecież nigdy nie wyrażałem najmniejszego zamiaru wyjazdu do Anglii i nigdy o to nie prosiłem, Jak to - dziwi się Icemonger - przecież już w pierwszej rozmowie wyraził pan chęć wyjazdu do Europy. - Oczywiście, do Europy, ale nie do Anglii. Mówiąc o Europie, nie zdawałem sobie sprawy, że dla Anglika w Indiach wyjazd do Europy oznacza wyjazd do Anglii. I właśnie z tego wynikły wszystkie kłopoty.

Zapewniam Icemongera, że nie mam najmniejszej ochoty jechać do Anglii. A dokąd? - Chcę do Francji. - Jaka szkoda, że pan od razu tego nic powiedział; od dawna byłby pan już we Francji.

Naprawdę, jeszcze w Moskwie postanowiłem, że jadę do Francji, w starym, przedrewolucyjnym przewodniku Nienaszewa po Francji wybrałem sobie nawet hotel, w którym zatrzymam się po przyjeździe do Paryża. Nie znając Paryża i sądząc, że w Paryżu - podobnie jak w Moskwie - najciekawsze jest życie w samym centrum (co, oczywiście, nie jest prawdą), wybrałem sobie hotel niedaleko Opery i giełdy, hotel Vivien przy ulicy Vivien.

Dalej wydarzenia toczą się już bardzo szybko. Rząd angielski zwraca się z prośbą do rządu francuskiego o przyznanie mi prawa azylu we Francji. Francuzi zgadzają się i konsul francuski w Kalkucie daje mi wizę na pobyt stały we Francji. W połowie sierpnia 1928 r. wraz z moim Maksimowem wsiadam w Bombaju na statek P and O Company i po dwóch tygodniach podróży schodzę na ląd w Marsylii. Pociągiem przyjeżdżam do Paryża i na Dworcu Lyońskim, rozkoszując się chwilą, którą przewidziałem jeszcze w Moskwie, mówię do szofera taksówki: Hotel Vivien przy ulicy Vivien.[4]



[1] B. Bażanow, Byłem sekretarzem Stalina, Warszawa 1985, s. 157-162

[2] Już po napisaniu tej książki dowiedziałem się przypadkiem, że mój udany przejazd do Indii zawdzięczam w mniejszym stopniu własnej inicjatywie niż temu, że miałem swego anioła stróża, którego istnienia nie podejrzewałem; był to angielski konsul - Screen, który nie bez trudu przekonał hinduską administrację, że umożliwienie mi przejazdu do Indii jest konieczne.

[3] ibidem, s. 162-166

[4] ibidem, s. 169-170


Borys Bażanow o... www.stalin.tv. © Krzysztof Bar 2005