Borys Bażanow o aferze Lena - Goldfields

Do firm, które dały się nabrać na złodziejską politykę ZSRR w sprawie koncesji, należała firma angielska Lena - Goldfields.

Przed rewolucją firma ta była właścicielem świetnych złotodajnych terenów nad Leną. Rewolucja październikowa pozbawiła ją tych terenów. Kopalnie zamknięto, sprzęt się rozpadł - wszystko uległo zniszczeniu. Po wprowadzeniu NEP-u bolszewicy umieścili te tereny na liście koncesji. Firma podjęła rozmowy. Bolszewicy zaoferowali nader korzystne warunki. Firma miała sprowadzić nowy sprzęt - koparki itd., zorganizować wydobycie. W zamian za to mogła dysponować niemal całym wydobytym złotem na bardzo dogodnych warunkach, odstępując bolszewikom tylko niewielką część kruszcu po cenach obowiązujących na rynkach światowych. Bolszewicy, co prawda, wprowadzili do umowy punkt, zgodnie z którym wydobycie powinno przekraczać pewne określone minimum miesięczne; jeśli spadnie ono poniżej tego minimum, umowa zostanie zerwana, a sprzęt przejdzie na własność ZSRR. Władze radzieckie nie miały kłopotów w wytłumaczeniu posiadaczom koncesji, że ich główną troską jest jak największe wydobycie i że muszą zabezpieczyć się na wypadek, gdyby koncesjonariusze zechcieli z jakichś sobie wiadomych powodów "zamrozić" kopalnie. Firma uznała to zastrzeżenie za całkowicie logiczne i ochoczo przystała na ten punkt - jej plany nie przewidywały zamrażania kopalni, przeciwnie - zmierzały do możliwie największego wydobycia.

Przywieziono drogie i skomplikowane kompletne wyposażenie, angielscy inżynierowie zorganizowali pracą i kopalnie ruszyły pełną parą. Gdy Moskwa uznała, że nadszedł właściwy moment, kanałami partyjnymi przekazano odpowiednie dyrektywy i oto "ni z tego, ni z owego" robotnicy kopalń "zbuntowali się". Na zebraniu załogi zażądali, by angielscy kapitaliści zwiększyli im płace, ale nie o 10% czy 20%, tylko dwudziestokrotnie. Było to absolutnie niemożliwe. Żądaniom tym towarzyszyły też inne - równie bezsensowne i nierealne. Ogłoszono strajk całej załogi.

Przedstawiciele firmy pobiegli do radzieckich władz terenowych. Grzecznie wytłumaczono im, że mamy tu władzą robotniczą i że robotnicy mogą robić to, co w swoim interesie uznają za stosowne. W szczególności władze w żadnym wypadku nie mogą wtrącać się do konfliktu robotników z przedsiębiorcami i radzą, rozstrzygnąć sprawę drogą polubownego porozumienia, osiągniętego za pomocą pertraktacji ze związkami zawodowymi. Rozmowy ze związkami zawodowymi nie przyniosły, oczywiście, żadnego rezultatu; zgodnie z tajną instrukcją Moskwy związek nie szedł na żadne ustępstwa. Przedstawiciele firmy zwrócili się do władz centralnych. Tam usłyszeli to samo - u nas robotnicy są wolni i mają prawo walczyć o swoje interesy w taki sposób, jaki uznają za stosowny. Strajk trwał, czas uciekał, urobku nie było i Główny Komitet d/s Koncesji zaczął przypominać firmie, iż na mocy wyżej wspomnianego punktu umowa zostanie zerwana i firma straci wszystko, co wwiozła.

Wówczas firma Lena-Goldfields pojęła, że ma do czynienia z ordynarnym oszustwem i że najzwyczajniej w świecie została nabita w butelkę. Odwołała się więc do rządu angielskiego. Problem dyskutowano w Izbie Gmin. Prokomunistyczna Labour Party i jej lider McDonald byli zachwyceni, że jest wreszcie kraj, w którym robotnicy mogą rzucić chciwych kapitalistów na kolana, a władze występują w obronie robotników. W efekcie debaty rząd angielski wystąpił z nota do rządu radzieckiego.

Notę omawiano w Biurze Politycznym. Odpowiedź zredagowano w podobnie szalbierskim stylu - władze radzieckie nie widzą; możliwości ingerowania w konflikt między związkami zawodowymi a przedsiębiorcami, robotnicy w Związku Radzieckim mogą robić, co chcą. Podczas dyskusji głos zabrał Bucharin; czytał w prasie angielskiej doniesienia o debacie w Izbie Gmin i najlepsze jest to, że ci kretyni z Labour Party biorą nasze argumenty za dobra monety; ten dureń McDonald wygłosił płomienną filipikę w tym duchu, w pełni usprawiedliwiając nasze poczynania i oskarżając firmę; proponuje wysłać towarzysza McDonalda na stanowisko sekretarza gminnego do Kysztymu, a na premiera do Londynu wysłać Miszę Tomskiego. Rozmowa nabiera żartobliwego charakteru i Kamieniew, który przewodniczy posiedzeniu, chcąc przywrócić dyskusji powagę,, przerywa Bucharinowi mówiąc półżartem: Wnioski proszę składać na piśmie. Bucharin, nie tracąc humoru, bierze kartkę papieru i pisze:

Decyzja Sekretariatu KC WKP(b) z dnia...
Mianować tow. McDonalda sekretarzem komitetu gminnego w Kysztymie, zapewniając mu przejazd na jeden bilet z tow. Urqukartem.
Tow. Tomskiego mianować premierem w Londynie, uposażając go jednocześnie w dwa sztywne kołnierzyki.

Kartka przechodzi z rąk do rąk. Stalin dopisuje: Popieram. J. Stalin, Zinowiew nie zgłasza sprzeciwu. Jako ostatni "głosuje" Kamieniew i przekazuje mi kartkę do zaprotokołowania. Kartkę tę przechowuję w swych papierach.

Gdyby opublikować to w prasie, byłby to silny cios w tych bezmózgich prokomunistów i w McDonalda. Trzeba to jednak zrobić mądrze. Na razie nie wiem jak.

Pewnego pięknego dnia w Simli oczekiwałem wraz ze swym przypadkowym partnerem do gry w tenisa na zakończenie toczącej się gry i zwolnienie kortu. Moim rozmówcą jest rudy Irlandczyk. Wie, kim jestem i zadaje pytania na temat Rosji Radzieckiej. Po pięciu minutach rozmowy nabieram przekonania, że jest to człowiek bardzo mądry, bystry, doskonale orientujący się w sprawach Rosji. Pytam innych graczy, kto to taki. Dowiaduję się, że jest to O'Hara - minister spraw wewnętrznych Indii. Oto właściwy człowiek - jego można zapoznać z bucharinowską notatką. Mówię, że mam do niego ważną sprawę. Ustalamy spotkanie na następny dzień.

Po przybyciu do niego pokazuję mu kartkę, tłumaczę treść na angielski i wyjaśniam, o co chodzi. Czy może pan przekazać ją naszemu rządowi? Odpowiadam, że taki właśnie mam zamiar. A czy mógłby pan sporządzić dla nas notatkę wyjaśniającą, jak się to wszystko odbyło? - Oczywiście, że tak. - Nie wyobraża pan sobie, jaką przysługę oddaje pan Anglii - mówi O'Hara. Kartka z wyjaśnieniem jedzie do Londynu.

Ani w Indiach, ani później we Francji nie natrafiłem jednak w prasie na najmniejszą wzmiankę na ten temat. Moim zdaniem, angielski rząd torysów powinien wykorzystać okazję i przekazać notatkę do prasy. Byłby to silny cios dla prokomunistów. W prasie nic się jednak nie ukazało.

Później, będąc już we Francji, miałem okazję rozmawiać z pomocnikiem szefa Intelligence Service [...]. Opowiadam mu o dokumencie, który wręczyłem O'Harze, i mówię, że byłoby szkoda, gdyby zaginął gdzieś w szufladzie biurka. Powiada, że nie słyszał o takim dokumencie, ale gdy przyjedzie do Londynu, zapyta o to swego szefa. Po pewnym czasie, powróciwszy z Londynu, opowiada mi o losie tej notatki.

Dokument, znalazłszy się w Londynie, trafił wprost do premiera. Zamiast przekazać go do prasy premier postąpił znacznie mądrzej. Wezwał do siebie szefa Intelligence Service i powiedział mu: Niech pan będzie tak dobry i poprosi o audiencję u lidera opozycji, pana Mcdonalda. W czasie spotkania w cztery oczy proszę mu przekazać do rąk własnych dokument, który otrzymałem. Uważam, że skoro dokument ten dotyczy osobiście pana McDonalda, powinien być przekazany właśnie jemu.

Dokument zrobił na McDonaldzie ogromne wrażenie. Był to człowiek niezbyt wysokiego lotu, ale niezwykłej przyzwoitości. Był twórcą i niepodważalnym przywódcą angielskiej partii socjalistycznej. Miał pełne zaufanie do rosyjskiego bolszewizmu i popierał go na wszelkie sposoby, popierał bezinteresownie i z przekonaniem. Teraz dowiedział się, co Moskwa o nim myśli, dowiedział się tego z dokumentu, którego autentyczność nie ulegała wątpliwości. Bardzo przeżył ten cios, na jakiś czas zrezygnował z działalności politycznej i wyjechał do rodzinnej Szkocji. Później zaś, kiedy to wszystko przetrawił, stał się równie przekonanym antykomunistą i próbował pociągnąć za sobą całą partię.[1]



[1] B. Bażanow, Byłem sekretarzem Stalina, Warszawa 1985, s. 167-169


Borys Bażanow o... www.stalin.tv. © Krzysztof Bar 2005