Borys Bażanow o norewskiej księżniczce

Wieczorem postanawiam pójść do opery, by posłuchać, jak Norwegowie wystawiają Carmen. To, że nie rozumiem ani słowa po norwesku, wcale mnie nie deprymuje, Carmen znam na pamięć. Podczas pierwszego antraktu wychodzę przejść się do foyer. Nie jestem ubrany wieczorowo, ale ludzie rozpoznają mnie z dzisiejszych zdjęć w prasie - to ten bolszewicki kapitan drużyny. Obok mnie przechodzi czarująca panna, której towarzyszy dwóch bardzo nobliwych młodzieńców o nienagannych manierach; panna o coś spiera się z nimi, ci grzecznie nie zgadzają się. Nagle sprawa się wyjaśnia. Panna kieruje się w moją strony i rozpoczyna rozmowę. Mówi po francusku i po angielsku. Przechodzimy na francuski. Z początku rozmowa dotyczy drużyny i łyżwiarstwa. Później moja rozmówczyni zaczyna zadawać rozmaite pytania - na temat Rad, polityki, literatury. Lawiruję (przecież mam zostać za granicą), staram się mówić dwuznacznie, sypię dowcipami, odpowiadam żartami. Rozmowa bardzo wciąga moją towarzyszkę.; kontynuujemy ją podczas wszystkich pozostałych antraktów. Zauważam, że przechodzący obok starsi, poważni ludzie kłaniają się jej z ogromnym szacunkiem. Pytam ją, czym się zajmuje. Pracuje? Nie, mieszka z rodzicami i studiuje. Wieczór mija w sposób bardzo interesujący.

Gdy następnego dnia przychodzę do ambasady, pani Kołłontaj wita mnie słowami: Co godzina, to nowina; zaczynamy już uwodzić księżniczki. Odpowiadam w partyjnej manierze: A skąd można wiedzieć, że to księżniczka; nie ma tego wypisane na czole.

Raport w tej sprawie został jednak wysłany i Stalin zada mi pytanie: A co to za księżniczka, którą uwodziliście? Nie miało to jednak żadnych następstw.[1]



[1] B. Bażanow, Byłem sekretarzem Stalina, Warszawa 1985, s. 145


Borys Bażanow o... www.stalin.tv. © Krzysztof Bar 2005