Borys Bażanow o Biesiedowskim

Po pewnym czasie od mego przyjazdu do Paryża, który przeszedł cicho i niezauważalnie, miała miejsce głośna afera związana z ucieczką Biesiedowskiego z ambasady rosyjskiej w Paryżu. Ambasador ZSRR we Francji, Dowgalewski, był z powodu choroby na bardzo długim urlopie; zastępował go na tym stanowisku radca ambasady, Biesiedowski. Pewnego pięknego dnia, ratując się przed aresztowaniem na terenie ambasady, uciekł, przeskakując przez ogrodzenie. Przez cały miesiąc prasa z zachwytem napawała się tym niesłychanym wydarzeniem - ambasador ratuje się ucieczką z własnej ambasady, skacząc przez mur. Tylko nikt nie znał prawdziwej przyczyny tej ucieczki - Biesiedowskiemu niezręcznie było o tym opowiadać, a znające prawdę władze angielskie wolały sprawę przemilczeć.

Przy ambasadach ZSRR w Anglii i Francji kręcił się dużej klasy awanturnik - Bogowut-Kołomyjec, który załatwiał dla ZSRR rozmaite sprawy handlowe, bankowe i inne. Działał z ogromnym rozmachem. W owym czasie narastał kryzys światowy, przybierając postać katastrofy ekonomicznej. Bogowutowi wpadł do głowy pomysł - zaproponować rządowi angielskiemu, by udzielił ZSRR ogromnej pożyczki. ZSRR rozpoczynało wówczas realizację swych pięcioletnich planów industrializacji, ale utrudniał ją brak środków na zakup niezbędnego sprzętu z zagranicy. Bogowut chciał, by Anglicy przez szereg lat dawali ZSRR niezbędne dla rozbudowy przemysłu maszyny i materiały w formie długoterminowego kredytu; angielski przemysł ciężki otrzymałby w ten sposób zamówienia i mógłby wyjść z kryzysu; ZSRR ze swej strony zobowiązałoby się do zaniechania rewolucyjnej działalności w koloniach, zwłaszcza w Indiach. Bogowut nie miał najmniejszych skłonności do filantropii - sprawę pożyczki chciał zorganizować tak, by wszystko odbywało się za jego pośrednictwem, za co miałby otrzymać jeden procent prowizji. Uwzględniając ogromną wysokość kredytu, można powiedzieć, że transakcja ta uczyniłaby zeń milionera. Sam nie mógł jednak przeprowadzić takiej operacji, namówił więc Biesiedowskiego, by wziął w niej udział.

Scenariusz miał wyglądać następująco. Bogowut, który wszędzie miał swoje chody, daje znać władzom angielskim, że Moskwie zależałoby na uzyskaniu takiego kredytu, ale nie chce ryzykować nieudanych pertraktacji i zleca ich przeprowadzenie i zawarcie umowy z rządem angielskim swemu ambasadorowi, i to nie w Anglii, lecz we Francji - biesiedowskiemu, wszystko pod warunkiem zachowania pełnej tajemnicy. Dopiero później rzecz cała zostanie uznana za oficjalną i ogłoszona publicznie.

Rząd angielski bardzo się zainteresował tym projektem i wysłał do Paryża na tajne pertraktacje z Biesiedowskim całą delegację, w skład której wchodziło dwóch ministrów, w tym sir Samuel Hoare. Delegacja omówiła z Biesiedowskim wszystki kwesti związane z pożyczką. Biesiedowski uprzedził, że zgodnie z instrukcjami Moskwy, zą do chwili ostatecznego podpisania umowy wszystko powinno być zachowane w całkowitej tajemnicy; Moskwa, jeśli nawet Londyn zwróci się do niej, odpowie, że nie składała żadnych propozycji i zerwie pertraktacje. Delegacja powróciła do Londynu w nastroju podniosłym i optymistycznym. Lecz Samuel hoare zajął stanowisko zdecydowanie negatywne - wszystko to jest bluff, nie kryje się za tym nic poważnego. Sam jestem Żydem - mówił Hoare - i doskonale znam swych współwyznawców; osobnik przedstawiony nam jako Biesiedowski jest niepoważny; nie należy wieżyć ani jednemu jego słowu. Proponuję zwrócić się do Moskwy, żeby sprawdzić to wszystko na drodze oficjalnej.

Rada Ministrów zgodziła się z jego stanowiskiem; ambasador angielski w Moskwie otrzymał polecenie, by zwrócił się do Cziczerina z prośbą o potwierdzenie. Cziczerin oczywiście odpowiedział, że nic nie wie ani o pertraktacjach, ani o pożyczce, i że spyta o to najwyższe instancje (czyli Biuro Polityczne). Na posiedzeniu Biura Politycznego wystąpił z gorzkimi pretensjami - stawiacie mnie w idiotycznej sytuacji; prowadzicie pertraktacje z rządem angielskim, a mnie jako ministra spraw zagranicznych nie raczycie nawet o tym poinformować. Biuro Polityczne uspokoiło go - nikomu nic nie wiadomo o żadnych pertraktacjach. Stało się oczywiste, że Biesiedowski prowadzi jakąś awanturniczą kombinację. Ciczerin wezwał go do Moskwy. Ponieważ Anglicy nie dawali więcej znaku życia, Biesiedowski zorientował się, że sprawę diabli wzięli i pod pretekstem choroby odmówił powrotu do Moskwy. Po pewnym czasie Ministerstwo Spraw Zagranicznych, specjalnie po to, by pojmać Biesiedowskiego, zwołało fikcyjne spotkanie radzieckich ambasadorów z krajów Europy Zachodniej. Ten znów odmówił przyjazdu. Wówczas Biuro Polityczne straciło cierpliwość i zleciło członkowi CKK Rojzenmanowi, by ten dostarczył do Moskwy Biesiedowskiego, żywego czy umarłego. Rojzenman otrzymał odpowiednie uprawnienia. Po przyjeździe do Paryża poszedł do ambasady, okazał swój mandat czekistom, którzy w roli portierów stali przy wejściu, i oświadczył : Od tej chwili ja tu jestem gospodarzem, i macie wykonywać wyłącznie moje polecenia. W szczególności nikt nie ma prawa bez mego zezwolenia wychodzić z ambasady. - Nawet towarzysz ambasador? - zapytali czekiści. - Zwłaszcza towarzysz ambasador. Następnie Rojzenman, poinformowawszy o wszystkim pierwszego sekretarza placówki, zajął gabinet ambasadora i wezwał do siebie Biesiedowskiego. Nawrzeszczał na niego i oznajmił, że natychmiast zostanie wywieziony do Moskwy, jeśli będzie trzeba - to siłą. Zdając sobie sprawę, że sytuacja jest kiepska, Biesiedowski rzucił się do wyjścia. Czekiści zagrodzili drzwi i zagrozili, że jeśli spróbuje je sforsować, będą strzelać. Biesiedowski cofnął się, ale przypomniał sobie, że widział w ogrodzie, przy murze otaczającym ambasadę, małą drabinkę, pozostawioną przez ogrodnika. Wdrapał się, po niej na mur i zeskoczył na drugą stronę.

Zaraz potem zgłosił się w dzielnicowym komisariacie policji i zażądał, by policja uwolniła jego żonę i syna, którzy zostali w ambasadzie. Komisarz połączył się z Ministerstwem Spraw Zagranicznych. Sekretarz generalny ministerstwo odpowiedział, że ambasadę jest wprawdzie obszarem eksterytorialnym, lecz na prośbę ambasadora policja ma obowiązek zareagować i może tam wkroczyć. Żona i syn zostali uwolnieni. Biesiedowski poprosił o azyl, a policja dobrze go ukryła. Po kilku dniach listonosz przyniósł pod wydawało by się nikomu nie znany adres wezwanie - Biesiedowskiego wzywa się do Moskwy, gdzie stanie przed sądem oskarżony o zdradę; chciano mu po prostu pokazać, że przed GPU nie można się ukryć i że zna ono jego kryjówkę.

W sprawie Biesiedowskiego prasa podniosła wielki szum, GPU wstrzymało się więc od dokonania na niego zamachu; starało się jednak sprawiać mu jak najwięcej kłopotów.

Od jego ucieczki z ambasady do czasu wybuchu wojny widywałem się niekiedy z Biesiedowskim, głównie w sprawach naszego wspólnego bezpieczeństwa - obaj byliśmy wówczas zagrożeni ze strony GPU; wymienialiśmy informacje na temat różnych niebezpieczeństw, które mogły nam grozić. Biesiedowski zajmował się dziennikarstwem, nie fabrykował w owym czasie falsyfikatów, ale to, co pisał zawierało wiele łatwizny i zmyśleń. W czasie spotkał wypytywał mnie o Stalina, jego sekretariat, członków Biura Politycznego i aparat KC. Nigdy nie robiłem tajemnicy z tego, co wiedziałem, i opowiadałem mu o wszystkim. Po wojnie wykorzystał wszystkie te dane, rozmyślnie je zniekształcając.

Spotykałem go rzadko także po wojnie. W owym czasie dałem już sobie spokój z polityką i pisaniem i zajmowałem się techniką. Blesiedowski mówił, że zajmuje się dziennikarstwem. Pojawiło się wówczas wiele falsyfikatów Notatki kapitana Kryłowa, Mówią do was radzieccy marszałkowie, Pamiętniki generała Własowa - wszystko to pisali jacyś kryłowowie, kalinowowie, którzy w rzeczywistości nigdy nie istnieli. Nie interesowała mnie ta trzeciorzędna i podejrzana literatura, nie czytałem jej i nie wiedziałem, kto ją preparuje. Ale w 1950 r. pojawiła się książka Prawdziwy Stalin. Autora nie znałem, ale gdy dowiedziałem się, że współpracował z Biesiedowskim, zainteresowałem się książką i przeczytałem ją. Pełna była kłamstw i zmyśleń. Od razu zrozumiałem, że to twórczość Biesiedowskiego. Były w niej także te informacje na temat Stalina i góry partyjnej, o które wciąż mnie wypytywał, ale zniekształcone i mocno ubarwione fantazją; były to po prostu kpiny z czytelników. A do tego wszystkiego autor wielokrotnie stwierdzał, że ten czy inny szczegół (zwykle wymyślony) zna z relacji byłego członka sekretariatu Stalina. Rzucało to na mnie cień - za granicą nie było innego sekretarza Stalina. Specjaliści od spraw radzieckich na podstawie tej lektury mogli pomyśleć, że to ja dostarczyłem Biesiedowskiemu materiałów, które wykorzystał w książce.

Zażądałem od Biesiedowskiego wyjaśnień. Nie przeczył, że to on jest autorem i zgodził się ze mną, że jest to kpina z czytelników. Gdy zagroziłem, że zdemaskuję w prasie jego wymysły, odpowiedział, iż książkę firmuje zmyślonym nazwiskiem i że on sam formalnie nie ma z tym nic wspólnego; atakując go narażam się, na ryzyko pozwania przed sąd za pomówienia.

Powiedziałem mu, żeby nie pokazywał mi się więcej na oczy; nigdy więcej go już nie widziałem.[1]



[1] B. Bażanow, Byłem sekretarzem Stalina, Warszawa 1985, s. 172-175


Borys Bażanow o... www.stalin.tv. © Krzysztof Bar 2005