Konwencja konsularna w ZSRR

Przypomina mi się pewien epizod, który miał miejsce w latach 1970-71. Jeden z moich znajomych, Lonia Rigerman, urodzony w USA i przywieziony w dzieciństwie do ZSRR, zwrócił się do konsula amerykańskiego z prośbą o rozpatrzenie jego prawa do amerykańskiego obywatelstwa. W celu przedyskutowania tego problemu amerykański konsul zaprosił go do swego biura. Uważał sprawę za zagmatwaną i był przekonany, że trzeba będzie wiele czasu i wysiłków, by Rigerman mógł uzyskać amerykański paszport.

Władze pod żadnym pozorem nie zezwalają obywatelom sowieckim wchodzić do zagranicznych ambasad, mimo iż prawo tego nie zabrania. Wiedząc o tym, Rigerman uprzedził konsula, że nie sądzi, by udało mu się do niego dostać. Konsul nie był w stanie w to uwierzyć: dopiero co podpisana została konwencja między ZSRR i USA, której dwunasty artykuł przewidywał właśnie prawo obywateli jednego państwa do odwiedzania konsulatu drugiego w sprawach dotyczących obywatelstwa. Na wszelki wypadek wysłał jednak pracownika konsulatu, by oczekiwał Rigermana i wprowadził go do środka.

Oczywiście Rigermana zatrzymano przy wejściu i na oczach pracownika konsulatu przewieziono na komisariat. Tam go zrewidowano, zabrano mu wszystkie papiery i przez dłuższy czas prowadzono z nim "wychowawczą" pogawędkę o sytuacji na Bliskim Wschodzie.

Oburzony konsul zwrócił się o wyjaśnienie tego incydentu do MWD, pytając, czy ma zeń wnioskować, że strona sowiecka ma zamiar wypowiedzieć konwencję konsularną. W MWD obdarzono go promiennym uśmiechem i zapewniono, że nie mają wcale takich zamiarów, przeciwnie - sowiecko-amerykańska przyjaźń umacnia się z każdym dniem. A zajście wytłumaczono przykrym nieporozumieniem.

Pokrzepiony na duchu konsul ponownie zaprosił Rigermana. Tym razem sam wyszedł na jego spotkanie z konwencją konsularną w dłoni i usiłował wytłumaczyć ją obstawie na dole. Ale i tym razem Rigermana zawleczono do samochodu na oczach wstrząśniętego konsula. Znowu przy wlekli go na milicję, przeszukali i zmusili do wysłuchania nowej pogadanki - o polityce partii w dziedzinie emigracji.

Po wyjściu z komisariatu Rigerman ponownie zadzwonił do konsula i znowu się do niego udał. I znowu został zatrzymany. Tym razem jednak skazano go na siedem dni aresztu za "złośliwe niepodporządkowywanie się prawnym żądaniom przedstawicieli władzy".

Za każdym razem ambasada USA i Departament Stanu kierowały do władz sowieckich protest przeciw łamaniu konwencji i za każdym razem uzyskiwali zapewnienia, że strona sowiecka przestrzega jej bez zarzutu. Wreszcie rząd amerykański tracąc ostatecznie cierpliwość ogłosił, że Rigermanowi i jego matce przyznano obywatelstwo amerykańskie poza jakąkolwiek procedurą biurokratyczną.

Rigerman wpadł do mnie przed Nowym Rokiem; zapytałem go, czy chociaż teraz wpuszczą go do ambasady po odbiór dokumentów i wizy.

- Nie wiem - odpowiedział smętnie. - Pewnie przyślą po mnie służbowy samochód z chorągiewką.

W lutym 1971 roku wyjechał z matką do USA.[1]



[1] W. Bukowski, I powraca wiatr..., Warszawa 1990, s. 176-177


Absurdy komunizmu i socjalizmu www.stalin.tv © Krzysztof Bar 2005